Harpagan-48. Relacja.

Autor: • 20 października 2014 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje15 komentarzy7020

Harpagan-48. Pięćdziesięciokilometrowy (w moim przypadku) rajd na orientację. 10 punktów kontrolnych rozstawionych dookoła małej, kaszubskiej miejscowości, Lipusz. Bliskie okolice Kościerzyny. Tereny bliskie mojemu sercu ze względów osobistych, ale również dlatego, że już po tamtych lasach biegałem z mapą i kompasem. Wówczas byłem jeszcze nieopierzonym zawodnikiem. Teraz na Harpagana jechałem w poczuciu wielkiej mocy i sporych możliwości. Wiedziałem, że o podium, jak to drzewiej bywało, raczej nie powalczę, ale takie piąte, szóste miejsce, dałoby mi spełnienie i radość. Miałem dobre towarzystwo w postaci Pawła Choińskiego, z którym to biega mi się nadzwyczaj dobrze (patrz: Mini Mazowieckie Tropy). Wszystko zapowiadało się niezwykle przyjemnie…

„Trzeba było wystartować punktualnie, a nie pół godziny później”

7:30. Start. Szybki rzut oka na mapę i niemalże bez słów wybieramy optymalny wariant dotarcia do PK1. Jako, że to mój ostatni start przed roztrenowaniem, nie przyjechałem się tu oszczędzać. Spodziewałem się ostrej poniewierki. Odbijamy na południe. Kręta leśna droga pasuje nam idealnie. Niestety w pewnym momencie pasować przestaje. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że wpadamy na Pawła Słomę i Bartka „Bambusa” Lepkę. Ustalamy gdzie jesteśmy i ruszamy we czwórkę w stronę PK1.

foto: marcinkargol.pl

foto: Paweł Słoma

W wyniku jakiejś pomroczności jasnej jakieś 30 metrów od przecinki na której znajdował się punkt, skręcamy na północ. A później na wschód. Następnie znowu na południe. I biegniemy. Docieramy czort wie gdzie. Kierunek: zachód. Jest jakiś drogowskaz. Znowu ustalamy, gdzie jesteśmy. Uczucie wstydu narasta, kiedy wyprzedzają nas piechurzy przez duże PE. Namierzamy się na punkt. Przy nim okazuje się, że wyprzedziły nas matki z dziećmi, kombatanci oraz drużyna Polskiego Związku Niewidomych. Według oficjalnych wyników na punkcie byliśmy w okolicach 170. miejsca.

Dramat. Śmiech przez łzy. Wielbłąd. Generalnie, to bardziej śmiech, niż łzy. Zdaliśmy sobie sprawę, że w ciągu 50 minut od startu zaprzepaściliśmy szansę na dobry wynik. Biegniemy do PK2. Atmosfera sielankowa. Wyprzedzamy całe zastępy piechurów. Pokonujemy leśne ścieżki, jak rącze łanie. Skaczemy, śmiejemy się. Debile, normalnie, debile. W międzyczasie ustalamy sobie – co by nie było nudno – że do każdego kolejnego punktu, będzie prowadził ktoś inny. Obecnie grzejemy za Pawłem Słomą. W zasadzie bez zbędnych komplikacji lądujemy przy punkcie. Pik-pik. Zerkam na notatki obsługi – nasze numery startowe zostały zapisane na drugiej kartce A4 (na PK1 była to kartka czwarta). Jest postęp. Według oficjalnych wyników na tym punkcie byliśmy około 40. pozycji.

„Tam stoi krzyż, więc musi być skrzyżowanie.”

Moja kolej na nawigowanie. Do PK3 dośc długi przelot, ale wg mapy nie wyglądał na nudny. Tniemy przed siebie. Najpierw lasem. Wypadamy w osadzie Jasna Gwiazda. Tylko mięczaki biegają drogami. Rzucam hasło: tniemy na krechę. Nikt nie protestuje, więc wyznaczam azymut i lecimy. Po drodze udaje nam się wyprzedzić kolejnych zawodników. Ośmiokilometrowy przelot wyróżnia się dość mocnym tempem. Mimo tego ciągle pełen luz – gadka, szmatka, doskonałe humory. Kiladziesiąt metrów przed punktem, spotykamy Kasię Karpę, Asię Owczarz i jeszcze kilka innych, dość mocnych osób. Razem z kolegą Choińskim zasłaniamy twarze mapami i niemalże słaniamy się ze śmiechu. Wstyd, jak cholera. Zgarniamy punkt. Zaglądam obsłudze w notatki. 22. miejsce! Gonimy!!!

Pędzikiem wracamy z powrotem. Do PK4 chcemy dotrzeć wygodnym i szybkim (patrząc na moc naszych łydek) wariantem. Dziewczyny pobiegły w zupełnie drugą stronę. Przez sekundę wahaliśmy się, czy nie zakombinować, ale na szczęście odpuściliśmy. Rozpuszczamy łydki. Po drodze robimy sobie zdjęcia i fascynujemy się krową w szare łaty. Pełen chill, ale w niezłym tempie. Po jakichś pięciu kilometrach wpadamy na punkt absolutnie bez pudła. Pik-pik.

foto: Paweł Słoma

foto: Paweł Słoma

Znów zapuszczam żurawia w zapiski obsługi. Jesteśmy w pierwszej dziesiątce! Wow! Tośmy nadgonili! Jak się okazało z oficjalnych wyników, to odcinek między PK3 a PK4 pokonaliśmy jako jedni z najszybszych w całym rajdzie. Uciekliśmy niewidomym i ich psom! Ekstra.

Nie podpalać się! Nie podpalać się, kurwa! – tak do siebie krzyczymy, tak sobie mówimy. Robimy swoje. Trzymamy takie tempo tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Ciągniemy do PK5. Sytuacja na froncie bez zmian – łydka mocna, kryzysów brak, humory dopisują. Wariant dotarcia w okolice punktu mamy jednomyślnie wybrany i zaakceptowany, więc poruszamy się bardzo sprawnie. W okolicach punktu sytuacja się nieco komplikuje. Niby się dobrze namierzamy, niby dobrze nawigujemy, niby odmierzamy odległości, ale coś nam nie pasuje. Jesteśmy za blisko osady. Obieramy kierunek na południe. Powoli i spokojnie, żeby nie wylecieć w kosmos. Trochę odnajdujemy się po ścieżkach, trochę po poziomicach, trochę po tym, co widać dookoła. Przyniosło to efekt, bo po 10 minutach znajdujemy punkt. Znów patrzę w notatki obsługi. Jesteśmy w okolicach 8. miejsca! Moc! W oficjalnych wynikach widać jeszcze więcej: zwycięzca, Piotrek Chyczewski, był na tym punkcie 13 minut przed nami!

foto: Paweł Słoma

Tylko się nie podpalać! Emocje na wodzy! Tylko spokój może nas uratować! – znów się uspokajamy, choć adrenalina poszła w górę. Teraz każdy z nas mógłby rozpocząć długi i szybki finisz, mimo że do końca zawodów jeszcze ze 30 kilometrów. Lecimy do PK6. Po drodze udaje mi się zauważyć fajną ścieżkę prowadzącą idealnie na punkt. Podpowiadam to Słomie, który nawigował na tym odcinku. Pomysł został przyjęty. Dziabnęliśmy ten odcinek mocno i sprawnie. Nie wypadliśmy z pierwszej dziesiątki. Dobrze, dobrze, dobrze!

Dojście na PK7, to znów moja działka. Kilka wariantów, które się nasuwają. Jak biec? Szybko i bezpiecznie, czy kombinować? Stwierdzam, że w grupie siła, więc prowadzę ekipę szybszą i bezpieczną drogą. Lekko dajemy ciała i nadkładamy kilkaset metrów na polach za miejscowością Lipuska Huta. Szybko się ogarniamy i wracamy na właściwą drogę. Przelatujemy przez most. Dwie minuty zastanowienia, badania kierunków i wybieramy właściwą przecinkę w lesie. Po kilku minutach docieramy do dużej, leśnej drogi, która ma zaprowadzić nas do samego punktu. Po drodze zwalniamy nieco, jemy, pijemy, robimy kolejne sweet focie. Na PK7 wpadamy szybko i pewnie. 9. miejsce.

„Chodźmy, bo już jesień.”

Teraz przed nami najdłuższy przelot dnia dzisiejszego. Wyszło tak, że znów wziąłem na siebie ciężar nawigacji. Wiedziałem, gdzie biegniemy, bo byłem w tych lasach w 2012 roku podczas Jesiennego Tułacza. Plan był taki, żeby wylecieć na drogę wojewódzką 235 jak najbliżej przejazdu kolejowego. Żeby to zrobić, trzeba było ciąć przez las. Poprowadziłem więc nasz czterosobowy tramwaj tak, żeby wybiegliśmy tuż przy skrzyżowaniu dróg asfaltowej i żelaznej. Pięknie. Następnie musieliśmy trafić w dobrą przecinkę. Wziąłem to na siebie, bo pamiętałem, że nią onegdaj biegałem. Kilkaset metrów asfaltem i wlatujemy w las w idealnym miejscu. Bardzo pięknie. Pojawiły się pierwsze kryzysy. Paweł Choiński zaczął cośtam marudzić. Podobnie jak na Mini Mazowieckich Tropach, tak i teraz, miałem z Pawłem dżentelmeńską umowę – nie oglądamy się na siebie i jeśli któryś ma więcej mocy, niech leci przodem. Ja, Słoma i Bambus mieliśmy tę moc, ale Choiński nie dawał za wygraną i trzymał się dzielnie za nami. Po pokonaniu kolejnych kilku kilometrów, wspięciu się na zajebiście stromą skarpę i ponownym, niezwykle skutecznym, azymutowaniu przez las, pojawiliśmy się na PK8. Równo z Edkiem Fudrą. Jak sam później przyznał, daliśmy mu kopa – był pewny miejsca w pierwszej dziesiątce, ale wyprzedzenie przez naszą czwórkę, mogło go tego pozbawić. Tym bardziej, że byliśmy wspólnie na miejscach 7-11.

foto: marcinkargol.pl

Do PK9 lecieliśmy mocno na czuja. Charakterystyczne ukształtowanie terenu i w miarę zgadzające się z naszym kierunkiem biegu przecinki sprawiły, że udało nam się wylądować w miejscu, w które celowaliśmy. Później poszło nieco gorzej. Zostaliśmy zmuszeni do ataku na punkt z zupełnie odwrotnej strony, niż planowaliśmy, ponieważ ścieżka wyprowadziła nas tam, gdzie się nie spodziewaliśmy, że nas wyprowadzi. Na całe szczęście był to dość wygodny wariant. Wcześniej zacząłem się zastanawiać, czy dotarcie na punkt właśnie nim nie będzie lepszym rozwiązaniem. Zebraliśmy PK9. Sprawdziłem notatki obsługi. Edek był tu jakieś 10 minut przed nami. Dużo-niedużo.

foto: marcinkargol.pl

NIE PODPALAĆ SIĘ! – powtarzaliśmy to sobie, jak mantrę. Czuliśmy już zapach mety. Patrzylismy na PK10 naniesiony na mapę i byliśmy pewni, że wszystko pójdzie jak z płatka. Prosty punkt, blisko wejścia do lasu. Na przecince. Przecież nie da się go nie znaleźć. Jakieś dwa kilometry przed punktem Paweł Choiński został z tyłu. Razem z Bambusem i Słomą pocięliśmy mocno do przodu. Dotarliśmy do Borowca i zaczął się kabaret… Wybraliśmy drogę prowadzącą do lasu. Podążąmy nią z pewnością, że zaprowadzi nas w okolice punktu. Mnie coś nie gra, coś mi nie pasuje. Dzielę się spostrzeżeniami z grupą. Nie potrafię jednak na ten moment określić co jest nie tak. Mimo wszystko wchodzimy do lasu. Przecinka w bok. Teoretycznie w stronę punktu. No, chyba, kurwa, nie. Nie jest dobrze. Co robić? Wracać do jakiegoś pewnego miejsca, czy iść dalej? Oczywiście, że wracać! A więc idziemy dalej. Gubimy się jeszcze bardziej. Nic nam nie gra, nic nam nie pasuje. Wkurw sięga zenitu. Zataczamy kolejne wielkie koło dnia dzisiejszego. Wychodzimy z lasu z totalnie drugiej strony. Po chwili znów jesteśmy na drodze, którą próbowaliśmy kierować się na punkt. W zmęczeniu i wkurwie skupiam się ten ostatni raz dzisiaj. I dostaję olśnienia. Biorę każdego z chłopaków do siebie. Stajemy twarzą na północ i zaczynam tłumaczyć: za nami las, po prawej las, las ma narożnik, las ma charakterystyczne wcięcie, wzdłuż lasu biegnie droga, na której stoimy, JESTEŚMY NA ZŁEJ PRZECINCE!!! Ależ byłem zły na to, że wcześniej tego nie zobaczyłem… Jasno określiłem jak mamy dostać się do punktu. 200 metrów na krechę do przecinki na wschód. Jest. 50 metrów na południe. Jest. Kolejne 50 metrów znów na wschód. Jest. Przecinka, którą widać tylko w koronach drzew, bo na ziemi już zarośnięta, ale jest! Walimy na południe. O, Asia Owczarz! Dzień dobry! Minuta osiem i wspólnie trafiamy na punkt. Nożeszjapierdolę!

And the Złoty Kompas goes to…

Godzina! Dokładnie 60 minut straciliśmy na poszukiwania ostatniego punktu kontrolnego… Polecieliśmy megaszybkim tempem do bazy. Razem ze Słomą i Bambusem podbilismy karty dokładnie po 9 godzinach i 1 minucie, zajmując miejsca 11-13. Paweł Choiński wyprzedził nas o 45 minut i zajął 7. miejsce. Do pierwszej piątki straciliśmy 1 godzinę i 20 minut…

Garść ciekawostek:

PK1 – 173. miejsce,
PK 2 – 45. miejsce,
PK3 – 24. miejsce,
PK4 – 10. miejsce,
PK5 – 9. miejsce,
PK6 – 9. miejsce,
PK7 – 9. miejsce,
PK8 – 8. miejsce,
PK9 – 9. miejsce,
PK10 – 11. miejsce (Kargol, Słoma, Lepka) / 7. miejsce (Choiński),
do tego nagroda za najwolniejszy przelot między PK9 a PK10 trafia do tej pierwszej trójki, a za jeden z najszybszych przelotów między PK3 a PK4 zgarniamy trofeum we czwórkę.

Czy jest sens cokolwiek dodawać? Należy nam się Złoty Kompas! Ponadto planujemy złożyć wniosek o to, aby od wiosennego Harpagana były przyznawane nagrody m.in. za największe koło zatoczone dookoła punktu…

Tradycyjnie możecie również KLIKNĄĆ W TYM MIEJSCU, żeby zobaczyć tracka z naszego przebiegu 🙂

Podobne wpisy

15 Odpowiedzi na Harpagan-48. Relacja.

  1. triathlon napisał(a):

    Tekst o matkach z dziećmi itd rozwalił mnie na łopatki. 15 minut nie mogłem pozbierać się ze śmiechu. Świetna relacja, a i wynik, patrząc na zawirowania na pierwszym punkcie chyba nie taki najgorszy. 🙂

  2. Tomek napisał(a):

    he heh , fajne fajne , zasrane przecinki 😉

  3. owczarzyk napisał(a):

    Przy pk1 ładna ta pętelka 🙂 ale warianty ciekawe, inne niż moje

  4. […] Na starcie ponad 200 osób więc jest z kim walczyć. Założenie jest proste – ciśniemy z Marcinem ile się da. Są endorfiny, jest energia, jest moc. Damy […]

  5. […] Pierwszą osobą, która przyszła na myśl mnie oraz Pawłowi, był Paweł Słoma (polecam relację z Harpagana-48). I nie pomyliliśmy się – kilka dni po naszej rozkminie napisał do nas i rzucił […]

  6. […] raz trzymałem w rękach mapę podczas zeszłorocznego Harpagana. Ostatni raz operowałem kompasem jesienią ubiegłego roku. Minęło 6 miesięcy od czasu, kiedy […]

  7. michal napisał(a):

    Jestes kolego solidnie zakochany w sobie. Oby z wzajemnoscia

  8. […] na mnie, Pawle Choińskim i Pawle Słomie, czyli trójcy świętej, która – co się okazało pół roku wcześniej na Harpaganie-48 – lubi i potrafi ze sobą biegać. Lubi też wypadać w kosmos na pierwszym punkcie. Parę […]

  9. […] wcześniej, ale wiedziałem, że stać mnie na pudło. I chciałem na tym podium być. (TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ możecie przeczytać relacje z poprzednich startów na […]

  10. […] miejsc 7-11 i czasowej straty do podium niewynoszącej więcej niż 20 minut z ostatnich edycji Harpagana, […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *