Harpagan-45. Relacja.

Autor: • 24 kwietnia 2013 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje15 komentarzy4674

Biegnę, biegnę, biegnę. Widzę asfalt. Widzę też pole – skracam sobie drogę przez nie i… docieram do wiochy. Wiochy??? Przecież ja nie miałem dobiec do żadnej wioski! W całym tym pędzie straciłem kontrolę nad kierunkiem biegu. I wyleciałem w kosmos. Chyba właśnie się skończyło to, co tak fajnie wyglądało przez całe zawody…

Kolbudy koło Gdańska. W tej uroczej miejscowości mieściła się baza zawodów o jakże sympatycznej nazwie Harpagan. Była to 45. edycja tej imprezy. Imprezy, która dla wielu uchodzi za kultową, jak idzie o przemierzanie z mapą i kompasem pól, lasów i innych bezdroży. Organizatorzy przygotowali kilka kategorii: trasy piesze 50 i 100 kilometrów, trasy rowerowe 100 i 200 kilometrów oraz trasę mieszaną 150 kilometrów. Z racji swojego planu na tę część sezonu i nazbierania dużej ilości punktów w Pucharze Polski w Pieszych Maratonach na Orientację, wystartowałem na dystansie 50 kilometrów. Głośno i otwarcie mówiłem, że interesuje mnie co najmniej pierwsza piętnastka – tak mi wyszło po przebadaniu listy startowej.

Start był przewidziany na 7.30 w sobotę. Dzień zapowiadał się zacnie – słońce świeciło od samego rana i mimo, że o poranku było jeszcze dość chłodno, to wiedziałem, że niedługo po starcie zrzucę drugą warstwę i będę leciał na krótko. Mapy z zaznaczonymi punktami kontrolnymi dostaliśmy na 3 minuty przed startem. Odebrałem swoją, rozłożyłem ją na ziemi i zacząłem ze spokojem analizować warianty pomiędzy poszczególnymi punktami kontrolnymi. A tych było 8 + ostatni na mecie. Po chwili zastanowienia i ustalenia z grubsza trasy, można było wystartować po – taką miałem nadzieję – dobry rezultat. W końcu nie jechałem 450 kilometrów po to, żeby się poobijać…

START —> PK1

Koncentracja nie zagrała od samego początku. Zbyt mocno wziąłem do siebie swoją wizję trzymania się jak najbardziej przebieżnych wariantów. W stronę PK1 poleciałem nieco na okrętkę. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy biegnąc przez las, zobaczyłem wyłaniających się z prawej strony piechurów w dość sporej ilości. To był słaby wariant. Tak czy siak goniłem do przodu. Goniłem z dwóch powodów – po pierwsze chciałem jak najszybciej znaleźć się w czubie i uniknąć tłoku na trasie, a po drugie czułem, że jest moc w nogach, żeby gonić od samego początku. PK1 umieszczony na skrzyżowaniu przecinek zlokalizowany bez problemu. Wg wyników podanych przez organizatora PK1 podbiłem jako 12.

PK1 —> PK2

Stadko człowieków po podbiciu PK1 ruszyło na północny-zachód w stronę mostka na Raduni, którym mieliśmy nakaz od organizatorów przeprawić sie na drugą stronę rzeki. Ja nieco z rozpędu, a nieco z niedbalstwa poleciałem centralnie na północ. Kiedy się zorientowałem, że mogłem to nieco inaczej rozegrać, odbiłem od razu na zachód i na krechę przez las wyleciałem dokładnie na skrzyżowanie, na którym należało skręcić w stronę przeprawy. Zaraz za mostkiem zdjąłem wiatrówkę, bo zgrzałem się jak grzejnik. Następnie długi i banalny przelot do miejscowości Łapino Górne. Tam w okolicach jeziora skręt na zachód. Po drodze spotkałem paru zawodników, z którymi będę się później mijał parokrotnie na trasie. Na jednym z rozdroży, po tym jak przestała nam grać mapa, namierzyliśmy się wspólnie w terenie i ruszyliśmy w stronę PK2. Ten był umieszczony w lesie, znów na skrzyżowaniu przecinek. Podbicie punktu w biegu i bez wahania bieg na zachód. Wg wyników podanych przez organizatora PK2 podbiłem jako 8.

PK2 —> PK3

Dotarcie do PK3 wg mapy było banalnie proste. Do wyboru były dwa warianty – albo bezpieczny i szybki asfaltem, albo wolniejszy i krótszy na krechę przez pola. Pola jednak okazały się dość pagórkowate, więc zdecydowałem się na bieg drogą. Słońce prażyło, wiał delikatny wiatr, a ja robiłem się głodny. Biegłem jednak za szybko, żeby cokolwiek zjeść.  Leciałem po 5 min/km, a za mną był ogon. Paru zawodników biegło kilka, kilkanaście metrów za mną i ani trochę nie próbowali mnie wyprzedzić. Cwaniaki_z_Ogona. Docierają do strategicznego miejsca, gdzie musieliśmy skręcić w drogę krajową, stwierdziłem, że pokuszę się o swój autorski wariant. Chciałem obiec połać lasu i wybiec idealnie w miejscowości Babi Dół. Ścieżka niestety nie poprowadziła mnie tak, jak chciałem, potem musiałem się poprzedzierać przez las i w rezultacie straciłem kilka minut, a zwierzęta w tamtym lesie mogły posłuchać porcji bluzgów. Kiedy wywaliłem się w końcu we właściwe miejsce mojego ogona już nie było. A więc śmigiem migiem w stronę punktu. Ponownie należało przeprawić się przez Radunię. Na mostku niedługo przed punktem spotkałem Janka Lenczowskiego, późniejszego zwycięzcę. Pomyślałem, że skoro mam do Janka tak niedużą stratę, to nie jest tak źle. Do PK3 doleciałem bez problemów. Tam wg wyników podanych przez organizatorów byłem jako 12.

PK3 —> PK4

Niech żyją autorskie warianty i nawigacja na krechę! Poważnie, bez sarkazmu. Pk4 leżał na południe od PK3. Wróciłem do Babiego Dołu. Poczłapałem chwilę drogą krajową i wbiłem się w las. Liczyłem na to, że trafię na ścieżkę, którą mam na mapie. Niestety ciężko było – czasem się pojawiała, czasem znikała gdzieś w błocie i wielkich kałużach. Czyli co? Lecimy na azymut, panie Marcinie. Pełne skupienie, porównywanie tego co na mapie z tym, co dookoła i próba odnalezienia się w terenie. Strumienie, przecinki, strumienie, przecinki, jestem! To musi być gdzieś tu. Jeżeli zaraz zobaczę jakieś bagienko, to znaczy, że jestem na punkcie! Zobaczyłem, okrążyłem, zdobyłem! Pk4 zaliczyłem wg wyników jako 6 (obsługa powiedziała mi, że jestem 7.).

PK4 —> PK5

Zmierzania na południe ciąg dalszy. Po wydostaniu się z punktu zobaczyłem jakiegoś zawodnika. Dogoniłem go i jakiś czas biegliśmy razem. Od słowa do słowa okazało się, że nie ma on zaliczonego PK3. To mnie podbudowało jeszcze bardziej. Napieraliśmy razem prawie do samego PK5. Trochę ścieżkami, trochę wg mojego pomysłu na krechę przez las. Skutecznie dotarliśmy do miejsca z którego powinniśmy się namierzać na punkt. Kolega_Bez_Punktu nie do końca zaufał mi jak idzie o moje przeczucie (a przeczucie mówiło jasno: za wzniesieniem jest ścieżka, ją przecinamy i za nią szukamy punktu) i poleciał w innym kierunku. Ja zrobiłem to, co wymyśliłem i trafiłem na punkt bezbłędnie. Przy PK5 spotkałem Roberta Zabela – kolejny wymiatacz z którym mijam się w bardzo fajnym miejscu trasy. Wg wyników organizatora PK5 podbiłem jako 6. zawodnik. Ślę smsa do Krasusa i Bormana – niech wiedzą.

PK5 –> PK6

Przelot do PK6 to była czysta przyjemność. Po wyjściu z PK5 obrałem kierunek na wschód, co by dostać się na asfalt. Tam opróżniłem puszkę czegoś tigeropodobnego i rozpuściłem nogi. W Zabrsku Górnym zaliczyłem pit-stop w sklepie spożywczym. Puszka coli to było to, czego mi było trzeba. Kawałek dalej korciło mnie, żeby polecieć na krechę przez las w dół, zamiast biec razem z główną drogą, ale w rezultacie odpuściłem sobie ten pomysł, przypominając sobie autorski wariant przed PK3. Biegłem więc bez kombinowania, trzymając solidne tempo. Na horyzoncie pojawił się punkt kontrolny…

PK6 —> PK7

W biegu zaliczam PK6. Jeszcze tylko dwa i prosto do mety. Obsługa punktu mówi mi, że jestem szósty i mam 10 minut straty do piątego zawodnika. Tym piątym jest Robert Zabel, którego mijałem przy poprzednim punkcie. Jest nieźle. Byleby tylko nic nie spieprzyć. Z taką myślą napieram do przodu. Napieram w niezłym tempie – tam gdzie się da zbliżam się do 5 min/km. Pierwszym planem było odbicie centralnie na południe i dolecenie na krechę do asfaltu. Żałuję, że tego nie zrobiłem. Biegnę, biegnę, biegnę. Zapomniałem o kompasie. Widzę asfalt. Widzę też pole – skracam sobie drogę przez nie i… docieram do wiochy. Wiochy??? Przecież ja nie miałem dobiec do żadnej wioski! Jeżeli już, to do Jodłowna, a nie do Czapielska! W całym tym pędzie straciłem kontrolę nad kierunkiem biegu. I wyleciałem w kosmos. Chyba właśnie się skończyło to, co tak fajnie wyglądało przez całe zawody…

Wbiegłem do tej wioski, patrzę na kompas, pokazuje mi jakieś dziwne rzeczy… Zaglądam na rozkład jazdy na przystanku autobusowym i faktycznie: Czapielsk! No, to wracamy. Albo asfaltem dookoła, albo na krechę przez pola pod górkę. Walę na krechę. Po chwili docieram do dwumetrowego ogrodzenia. Ogrodzenia, którego nie ma jak obiec. Za ogrodzeniem jakaś willa, jakieś flagi dookoła, trawnik przystrzyżony co do milimetra. I ja, nieco brudny i śmierdzący człowiek, przeskakujący to ogrodzenie i przemykający od drzewka do drzewka, od krzaczka do krzaczka po tym wypielęgnowanym trawniczku, w stronę płotu po przeciwległej stronie. Kiedy już byłem po drugiej stronie (szczęśliwy, że nie pogryzł mnie żaden wielki pies), nagle podjechały trzy samochody terenowe. „Zastrzelą mnie” pomyślałem sobie. Na szczęście nie chcieli do mnie strzelać, tylko podwieźć. Kamień z serca.

Jest asfalt, jest przecinka, która wydaje mi się poprawną. Wbiegam. W lesie kupa błota, ścieżki zrobione przez leśników i totalny brak zgrania rzeczywistości z mapą. A może jestem nie tu, gdzie powinienem? Odbijam na wschód, biegam po tym lesie jak poparzony. Nic mi nie pasuje, nic mi nie gra. Ścieżek, rowów i strumieni masa – brak możliwości namierzenia się… W końcu daję za wygraną, biegnę na południe, znajduję pewne miejsce, którym jest strumień i od niego namierzam się bezbłędnie na punkt. Obsługa punktu powiedziała mi, że jestem 9., ale wg wyników opublikowanych po zawodach ciągle byłem 6. Okazało się, że nie tylko ja straciłem na tym punkcie mnóstwo czasu. Znowu sms do Krasusa i Bormana – z lekkim zażenowaniem i wstydem, ale wysyłam.

PK7 —> PK8 

Mimo, że błądzenie nieco podcięło mi skrzydła, chciałem powalczyć. Widziałem przed sobą zawodnika, który PK7 podbijał parę minut przede mną. Dogoniłem go po 3, 4 kilometrach. Wydaje mi się, że był to Remik Nowak. Miał wolniejsze tempo od mojego, więc uciekałem mu jak najszybciej mogłem. Miałem już pod 50 kilometrów w nogach, ale potrafiłem utrzymać tempo około 5 minut na kilometr. W miejscowości Lisewiec skręciłem już w pierwszą drogę na południe, a następnie poleciałem na krechę przez pola w stronę lasu, gdzie umieszczony był PK8. Obsługa punktu nie wiedziała, który jestem. Zgarnąłem punkt w biegu i wyleciałem w stronę mety. W drodze powrotnej napotkałem Cwaniaków_z_Ogona! Skąd oni się tam wzięli? Przecież cały czas byłem za nimi, a teraz jestem przed nimi? Wiedziałem, że jestem 9. – tak usłyszałem na poprzednim PK – a teraz? Mogę być z powrotem koło 6. miejsca! Napieram! Już bez przelotów na krechę. Tylko asfalt i oglądanie się za siebie, czy nikogo za mną nie ma.

PK8 —> META

Dzwonię do Krasusa. Nie wiedziałem, który będę, ale wiedziałem, że mam szansę na złamanie 7 godzin. Mówię Mańkowi przez telefon, że połamię 7 godzin – chciałem mieć jakąś motywację na wypadek, gdyby mi się w końcówce odechciało biegać. Na szczęście się nie odechciało. Wbiegam do Kolbud. Droga do mety prowadzi pod górkę, ale mnie to jakoś nie interesuje. Wbiegam na boisko, podbijam ostatni PK. I w końcu mogę zwolnić i odetchnąć.

Wchodzę do bazy zawodów, ściągam buty, ściągam stuptuty, ściągam skarpetki. O dziwo nogi prawie że jak nowe – bez pęcherzy, bez odcisków. Wchodzę na piętro, zdaję chipa i pytam się który doleciałem. Chwila ciszy i słyszę „trzecie miejsce”. Że co? Trzecie miejsce? Jak to trzecie miejsce??? Idę do komputera, patrzę na wyniki i faktycznie – jestem trzeci z wynikiem 6 godzin i 46 minut. Zwycięzcą został Janek Lenczowski, który pokonał trasę w 5 godzin i 28 minut. Drugie miejsce zajął Robert Zabel z czasem 5 godzin i 55 minut.

Z jednej strony cieszę się bardzo, że udało mi się zająć miejsce na podium. Z drugiej strony jednak mam świadomość, że gdyby nie to, że Remik Nowak zagubił się bardziej ode mnie na Pk 7; że Piotr Chyczewski nie zaliczył z niewiadomego dla mnie powodu PK8 oraz że Maciej Hewelt i Karol Gostomczyk nie zaliczyli PK7 i PK8, to byłbym gdzieś w dole pierwszej dziesiątki. Co i tak byłoby fajnym wynikiem. A dla zainteresowanych tutaj mapa w całości.

Podobne wpisy

15 Odpowiedzi na Harpagan-45. Relacja.

  1. Krasus napisał(a):

    Wiesz, PMNO właśnie na tym polegają, by się nie zgubić i zaliczyć wszystkie PK. Jeśli ktoś się zgubi albo odpuści PK to… no cóż, jego strata;) 3 miejsce na Harpie to jest konkret, nie ma to tamto!! Zawiesiłeś poprzeczkę, że hoho, bo co innego nawet wygrać jakieś małe zawody gdzie jest 20-30 osób, a co innego na wielkim Harpaganie być na pudle, szczególnie z taką obsadą. GRATULACJE!

    Nosi mnie aż z braku PMNO, ale najprawdopodobniej muszę z tym zaczekać do jesieni, by się nie zajechać..

    • marcinkargol napisał(a):

      Srutututu, miałem fuksa i tyle 🙂

      No i mam nadzieję, że jednak na PMNO spotkamy się szybciej, niż jesienią!

  2. Kuba napisał(a):

    Czytałem już o Twoim sukcesie na elce.pl. Gratulację! Świetnie ci ostatnio idzie, a Harpagan to już wielki sukces!

  3. Szy. napisał(a):

    Pozdrawia Kolega_Bez_Punktu :), faktycznie, miałeś świetne wyczucie z czwórką, byłem tam trzy minuty po Tobie.

    Co do braku trójki – okazało się, że regulamin nie pozwala na takie numery i mimo potwierdzonych sześciu PK zostałem sklasyfikowany na równi z tymi z dwoma PK… :]

    Ale założony cel wykonany – a chciałem zobaczyć ile jestem w stanie przebiec. Zobaczyłem i następnym razem będzie lepiej 🙂

    Dzięki, pozdrawiam :]

    • marcinkargol napisał(a):

      Szkoda, że uciekłeś przed tą piątką – wołałem Cię, ale chyba mnie nie słyszałeś 🙂

      Do zobaczenia w takim razie na trasie!

  4. ewa napisał(a):

    gratulacje! fajnie czytać tę relację – Kolbudy, Łapino, Czapielsk… to wszystko znane mi miejsca bardzo dobrze 🙂

  5. Przemek napisał(a):

    Gratulacje, super wynik i super bieg (super relacja jak zwykle). Mam pytanko; czy na wszystkich punktach kontrolnych byla obsluga i czy to jest normalna procedura na Harpie?

    • marcinkargol napisał(a):

      Na Harpie to standard z racji tego, że do podbijania punktów używany jest SportIdent, a nie perforatory, więc ktoś musi pilnować stacji 🙂

  6. magnificent post, very informative. I ponder why the other experts of this sector
    do not realize this. You must continue your writing. I am sure,
    you’ve a huge readers’ base already!

  7. […] na Harpagana jechałem w poczuciu wielkiej mocy i sporych możliwości. Wiedziałem, że o podium, jak to drzewiej bywało, raczej nie powalczę, ale takie piąte, szóste miejsce, dałoby mi spełnienie i radość. […]

  8. […] 3. miejsce wśród kobiet, przybiegając na metę z czasem 4:07! Hip hip, hurra! Teraz mamy dwa puchary z Harpagana na […]

  9. […] To moje drugie pudło w historii startów na TP50. Myślę, że jest tak samo ważne, jak 3. miejsce na Harpaganie-45. Tam jednak była mocniejsza obsada, a i ja byłem znacznie mniej doświadczony. Niemniej jednak […]

  10. […] sobie wcześniej, ale wiedziałem, że stać mnie na pudło. I chciałem na tym podium być. (TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ możecie przeczytać relacje z poprzednich startów na […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *