GWiNT Ultra Cross. Relacja

Autor: • 14 maja 2015 • #nbrteam, Blog, Relacje, Ultra8 komentarzy3866

Czasem bywa tak, że nawet kiedy zdychasz na trasie; że nawet kiedy skurcze chwytają za mięśnie, o których istnieniu nie ma się pojęcia; kiedy do mety jest jeszcze tak strasznie daleko, a już ma się dość, to i tak jest pięknie! Mimo bólu i zmęczenia można być zadowolonym i szczęśliwym. Szczególnie, kiedy na 38. kilometrze biegu dowiadujesz się, że jesteś na 11. miejscu…

Po pierwsze: sprawdzaj stan pojazdu

Przygody zaczęły się już w drodze do Grodziska Wielkopolskiego. Pasek napędzający alternator postanowił się rozpaść na części. Kiedy zlokalizowałem tę usterkę i zdałem sobie sprawę, że jest już po godzinach pracy i sklepów i warsztatów samochodowych, byłem przekonany, że cały misterny plan wzięcia udziału w GWiNcie również się rozpadł. Paweł i Kasica nie tracili humorów i byli pewni, że wszystko będzie dobrze.

Było. Uwaga będzie reklama pod SEO!

CZĘŚCI SAMOCHODOWE BRZEŚĆ KUJAWSKI AUTOCHYMEK SUPER POLECAM MECHANIK WARSZTAT

Kurczę, są na świecie ludzie, którzy nie dość, że mają odpowiednią część, to jeszcze po godzinach pracy ją podrzucą własnym samochodem, zaprowadzą do warsztatu i skasują za to wszystko tak małe pieniądze, że w sumie opłacało się stracić półtorej godziny na naprawę w trasie.

Po drugie: pĄpkinsi na miejscu

Ale to tak na marginesie. Najważniejsze było to, co czekało nas w Grodzisku Wielkopolskim, gdzie mieściła się baza zawodów. A czekali na nas super organizatorzy i super Smashing Pąpkinsowa ekipa. Był Radziu, był Jędrzej, był Borman, było tysioncpińcet innych osób, które było tak miło zobaczyć, że och ja cię.

foto: biegigórskie.eu

foto: biegigórskie.eu

Mimo że przyjechaliśmy bardzo późno, udało się jeszcze pĄpkinsowo zintegrować, wyspać się, a nawet wyskoczyć rano do sklepu po jakieś sensowne śniadanie. Start był zaplanowany na godzinę 12, autobusy odjeżdżały o 10.30. Autobusy, bo na trasę biegu ruszaliśmy z Nowego Tomyśla, który drogami dla pojazdów żelaznych oddalony jest od Grodziska Wielkopolskiego o jakieś 21 kilometrów. Dla nas był nieco dalej. 55 kilometrów.

Po trzecie: muszkieterów trzech

Wybiegamy z Nowego Tomyśla. Fajnie jest, bo jesteśmy w pierwszej dziesiątce. „My”, bolecieliśmy we trójkę: ja, Paweł i Jędrzej. Biegnie się lekko, przyjemnie, bez ciśnienia. Myślę sobie, że to będą dobre zawody. Myślę sobie też, że coś jest nie tak. Dlaczego nikt nie biegnie szybciej? Trzymamy tempo w okolicach 5 min/km, a czołówka – poza jednym zawodnikiem – w ogóle się od nas nie oddalała, a jeśli już to robiła, to niezwykle wolno. To był pierwszy moment, kiedy powiedziałem, że chyba biegniemy troszkę za szybko, a ci przed nami wiedzą coś, czego my jeszcze nie wiemy.

Ale mimo to nie zwolniliśmy. Generalnie taki był plan – cisnąć po piątce na kilometr tak długo, jak tylko to będzie możliwe. Wiedziałem, że niemożliwe będzie, aby tak cisnąć do samego końca, bo forma nie taka, schyłek kariery i inne takie. Bardzo mocno chciałem jednak przebiec w ten sposób chociaż 30 kilometrów. Pozostałe 25 miało być na zasadzie „jakoś to będzie”.

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Paweł odpadł szybko. Gdzieś na 10. kilometrze zostałem sam z Jędrzejem. Żal było kolegi Choińskiego, ale nasz niepisany układ działający od Mazowieckich Mini Tropów nie mógł zostać zerwany – jeden słabnie, drugi leci dalej po swoje. A że teraz był z nami Jędrzej, który również chciał bardzo mocno ponapierać, to nie było wyjścia. Pocisnęliśmy dalej.

Po czwarte: pierwsze punkty za płoty

Start w samo południe miał jedną wadę – od samego początku było megagorąco. Na niektórych odcinkach trasy panowała przeogromna duchota. Ja na dodatek zapomniałem wziąć ze sobą czapeczki, a co za tym idzie słońce paliło mnie prosto w łeb. To się nie mogło dobrze skończyć. Po 15 kilometrach nic jednak nie zapowiadału dramatu. Na punkt odżywczy w przepięknym Folwarku Wąsowo wlecieliśmy z wielkim impetem.

To nie była nawet minuta osiem. Wlecieliśmy na punkt, szybko uzupełniliśmy płyny w bidonach i w człowiekach, coś zjedliśmy i ruszyliśmy dalej. O tempie tego pit-stopu niech świadczy fakt, że czas tego kilometra wyniósł 5:20. Było naprawdę szybko. Bo i dobrze się czuliśmy. Biegło nam się dość lekko. Myślę, że to był bieg na granicy pierwszego i drugiego zakresu, bo rozmawialiśmy ze sobą bardzo swobodnie.

Kolejny punkt kontrolny umiejscowiony był na 28. kilometrze. Dotarliśmy do niego po jakichś 2 godzinach i 20 minutach. Nie było już takiej świeżości, jaka towarzyszyła nam chociażby pół godziny wcześniej. Nie spotkaliśmy na trasie (jeszcze) ani solidnych przewyższeń, albo jakiegoś słabo przebieżnego terenu. Zaczynaliśmy być nieco zniszczeni tempem i temperaturą. A przynajmniej ja.

foto: biegigórskie.eu

foto: biegigórskie.eu

W tym pit-stopie spędziliśmy 2-3 minuty. Picie, jedzenie, schładzanie głowy, krótki odpoczynek. To było niezbędne. Świadomość, że przed nami jeszcze drugie tyle sprawiała, że bolało na samą myśl. Myśli te zaczęły stawać się ciałem kilka kilometrów później. Gdzieś przed 35. kilometrem zostałem w tyle za Jędrzejem. Zwolniłem na kilka chwil, on poleciał do przodu walczyć o swoje, a ja rozpocząłem walkę ze skurczami.

Po piąte: kurczę, skurcze

Chwyciły mnie nagle. Najpierw poczułem łaskotanie w łydkach. Dwie sekundy później skurcz gryzł mnie z całą siłą. Nie minęło wiele czasu, jak zaczęło się to rozprzestrzeniać. Nie było wyjścia – musiałem zwolnić i to znacznie. Doczłapałem się w jakiś sposób do ostatniego punktu kontrolnego, położonego na 38. kilometrze. Okazało się, że pojawiłem się tam jako 11. zawodnik. Wiedziałem, że jestem z przodu, bo wyprzedził mnie tylko jeden biegacz, ale niespodziewałem się, że jest aż tak dobrze. To wprowadziło mętlik w mojej głowie.

Z jednej strony byłem przekonany, że spadnę ze 30 pozycji w klasyfikacji, bo zwyczajnie nie będę w stanie biec z rozsądną prędkością. Z drugiej strony chciałem oszczędzić sobie bólu i cierpienia (do mety jeszcze 17 kilometrów i żadnego pit-stopu po drodze) i myślałem o zejściu z trasy. Z trzeciej strony jednak myślałem sobie, że przecież po to tu przyjechałem! Biec do odcięcia baterii, a potem walczyć i się niszczyć!

Jest w Szczecinie grupa Puszczyk Bukowy. Radek, jeden z uczestników tego przedsięwzięcia, wyhaczył mnie na starcie i powiedział mi kilka miłych słów o moim filmie z Biegu Siedmiu Dolin. Na ostatnim punkcie odżywczym również się spotkaliśmy. I dzięki niemu zdobyłem puszkę coli, która w późniejszym czasie uratowała mi życie, za co teraz bardzo mocno dziękuję. To też dało mi kopa do tego, aby jednak kontynuować bieg.

Po szóste: we dwóch raźniej

Bolało. I fizycznie i psychicznie – 17 kilometrów bez punktu odżywczego i ze znacznie większymi niż w pierwszych dwóch częściach trasy przewyższeniami robiło robotę. W tym bólu byłem sam do momentu, w którym nie dopadł mnie Radek Mękal. Dwóch męczących się smashingów jest lepsze, niż jeden zdychający pĄpkins. Więc męczyliśmy się wspólnie. Męczyliśmy się w fantastycznych okolicznościach przyrody. Niesamowite ścieżki, klimatyczne lasy, mech wyglądający jak dywan, rozłożony między drzewami, wydmy, na które musieliśmy się wspinać…

Aż w końcu przestało boleć. Kiedy skończył się las, a rozpoczęły się zabudowania Grodziska Wielkopolskiego. Długi, asfaltowy odcinek był… długi i asfaltowy, a co za tym idzie, nie był specjalnie przyjemny. Tego wyjaśniać nie trzeba. Z każdym krokiem było coraz bliżej mety, a to już znamiona przyjemności nosiło. Kiedy wbiegłem do grodziskiego parku, było już naprawdę super!

Po siódme: mało mi

Kilkaset metrów do mety. Organizatorzy wymyślili, że będąc 50 metrów od bramy końcowej, skręcimy w lewo i pociśniemy sobie jeszcze parkowymi alejkami. Śmieszki. Biegnę jednak, bo jest super! Wprawdzie wyprzedziła mnie kupa osób, wprawdzie nogi bolą mnie jak dawno nie, ale i tak jest fantastycznie! Wbiegam na metę, odkładam kamerę, trzaskam pĄpasy, odbieram medal, ściskam się z Jędrkiem, który pojawił się ponad pół godziny przede mną, zabieram należne mi piwo, kładę się na trawie i jest mi dobrze.

GWiNT Ultra Cross, jedne z fajniejszych zawodów, w jakich miałem przyjemność biec, skończyłem na 40. miejscu, pokonując 55 kilometrów w 5 godzin i 56 minut. Do zobaczenia za rok!

Podobne wpisy

8 Odpowiedzi na GWiNT Ultra Cross. Relacja

  1. Paweł Choiński napisał(a):

    Fajnie wyszło wszystko tylko czworo-głowy, który mnie na tym 10km zatrzymał, nadal trochę doskwiera… ale w weekend go z Radziem obciążymy na górkach i będzie ok 😉

    Za rok się odgryziemy i utrzymamy pozycje do końca 😛

  2. Dorota napisał(a):

    Ah piękna relacja 🙂 Najważniejsze, że jesteś zadowolony ze startu. Może spotkamy się gdzieś na „pięćdziesiątce” 😀

  3. Lukasz napisał(a):

    Szkoda że mam tak daleko na GWiNT 🙁
    Super artykuł 🙂

  4. Krasus napisał(a):

    Ładnie, ładnie! Szkoda tego ataku skurczy. Chyba nie zdarza Ci się to regularnie, co? Coś zmieniłeś w diecie? A może po prostu za mało czekolady? 😀
    Ale powiedzcie, jak było z tym tempem 5:00? Bo skoro czołówka nie oddalała się od Was za bardzo, to kiedy właściwie się oddaliła?

  5. Bajker napisał(a):

    Gdy ja jechałem na GWINT siadła mi pompa wspomagania. Ale że byłem bliżej niż dalej to postanowiłem dojechać. Namachałem się dużo, ale na szczęście nie odbiło się to na mnie w biegu 🙂

  6. […] 14 maja 2015 | GWiNT Ultra Cross. Relacja […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *