Grassor 2013. Relacja.

Autor: • 28 czerwca 2013 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje2 komentarze2124

Patrzę na Garmina. Widzę jak 49.99 zmienia się w 50.00. To pokonany dystans. Mam już w nogach 50 kilometrów, a do zgarnięcia czeka jeszcze kilka punktów kontrolnych! Obraliśmy beznadziejny wariant, to jest pewne. Mniej pewne jest to, czy uda nam się zmieścić w co najmniej pierwszej piętnastce. Jak zwykle to mój cel minimum, chociaż przed startem liczyłem na pierwszą dziesiątkę. W tej chwili jednak nie szacuję i nie kalkuluję. Zmagam się z zepsutym kompasem i biegnę z Kubą do kolejnego punktu.

Grassor 2013, czyli miejsce, gdzie dystans nie ma znaczenia

Baza zawodów mieściła się w Łubowie. To mała miejscowość kilka kilometrów od Borne Sulinowa na Pojezierzu Drawskim. Do początku lat 90′ mało kto wiedział o istnieniu tego drugiego miasteczka. W jego miejscu na mapach była zielona plama, a w miejscowości stacjonowała armia radziecka – to tak na marginesie. W Łubowie pojawiłem się w nocy z piątku na sobotę. Jako, że start przewidziany był na 12 w południe, miałem przed sobą całkiem sporą ilość snu. Szybko znalazłem wolne miejsce w jednej z sal szkoły podstawowej, gdzie ulokowane było centrum dowodzenia. Rozłożyłem karimatę i poszedłem spać.

Słońce wpadające przez okna zarządziło pierwszą pobudkę już koło 6 rano. Stwierdziłem jednak, że słońce się nie zna i poszedłem spać dalej. Na dobre obudziłem się przed 9. Dalej nastąpiła standardowa procedura – sklep, śniadanie, pakowanie plecaka na bieg, przebierka w ciuchy i oczekiwanie na start. Przed startem prześledziłem listę startową, przebadałem wszystkie nazwiska i sam przed sobą stwierdziłem, że pierwsza dziesiątka jest jak najbardziej w zasięgu. Pamiętałem jednak jak bardzo się wytytłałem tydzień wcześniej na Mazurskich Tropach, więc przestałem dzielić skórę na niedźwiedziu.

Kilka minut po godzinie 12 dostaliśmy mapy i mogliśmy zastanowić się do którego z dówch punktów pobiegniemy najpierw. Tu należy się kilka słów wyjaśnienia: Grassor jest imprezą specyficzną. Na starcie otrzymujemy mapy z naniesionymi tylko dwoma punktami kontrolnymi. Całą resztę odkrywa się z czasem. Na kolejnych PK czekają na nas fragmenty mapy z narysowanymi najbliższymi PK. Zawodnicy muszą je przerysować na swoją mapę. Istotne jest to, żeby zrobić to jak najbardziej precyzyjnie. Dlaczego? Ano dlatego, że jeżeli mamy mapy w skali 1:50000 to oznacza, że przesunięcie punktu o 1mm na mapie sprawi, że będziemy go szukać 50 metrów obok w terenie. Jest różnica, prawda?

Oto mapa, jaką otrzymaliśmy na starcie (kliknij, aby powiększyć):

START —> PK5

Na starcie spotkałem się z Kubą Runowskim. Podobnie jak tydzień temu na Mazurskich Tropach, tak i teraz początek biegu założyliśmy wspólny. Zakładałem też, że gdzieś po drodze się nasze drogi rozejdą, bo jednak uważam Kubę za mocniejszego zawodnika. Tak czy siak ruszyliśmy w stronę PK5, który postanowiliśmy odwiedzić jako pierwszy. Tłum pobiegł asfaltem, a my pobiegliśmy torami. Mieliśmy zamiar dotrzeć do punktu tylko i wyłącznie torami. Niestety aktualność mapy pozostawiała wiele do życzenia i jak się okazało torowisko, którym chcieliśmy biec, było rozebrane, a w okolicach rozjazdu na którym mieliśmy odbić na południe, było zaorane i zasiane. Co za tym idzie musieliśmy doczłapać się do PK5 drogą nieco na okrętkę. Tam trafiliśmy na tłum. Dopchaliśmy się do punktu, zastanawiając się, co znajdziemy na mapie. Patrzymy, patrzymy i co widzimy? I widzimy PK9, który mieliśmy na swojej mapie już wcześniej oraz PK6, który leży po drugiej stronie jeziora. Tak więc dupa, jednym słowem, no i powrót tą samą trasą w stronę PK9.

PK5 —> PK9

PK9 opisany jest jako cypel. I faktycznie na mapie widać charakterystyczny cypel wbijający się w jezioro. Wracamy z Kubą do drogi asfaltowej, a następnie od wschodu obiegamy jezioro Lubicko Wielkie. Są ścieżki, są też wydeptane na łące ślady. Dzięki temu unikamy przedzierania się przez oset. W pewnym momencie ścieżka nam się urywa i idziemy w stronę punktu gałęziowiskiem wzdłuż linii brzegowej. Mimo tego, że jest dość gęsto, to trzymamy żwawy krok. W końcu bez problemów docieramy do punktu. Spoglądamy na mapę wiszącą na punkcie i przerysowujemy na nasze mapy dwa punkty: PK2 i PK3.

PK9 —> PK2

Ten wariant zadecydował o naszej całościowej wtopie, jak idzie o wybór kolejności zaliczania punktów. Wybraliśmy położony na północy PK2, jako kolejny do zaliczenia. Na azymut przez łąki dotarliśmy do strumienia, który bez wahania przekroczyliśmy mokrą stopą. Niedługo potem szybko namierzyliśmy się na ścieżkę, która po kilkunastu minutach doprowadziła nas w okolice punktu. Zagłębienie terenu – tak był ten punkt opisany. Wymyśliłem, że jako punkt ataku na niego obierzemy przecinkę prowadzącą na wschód, która zaczyna się na wysokości punktu. Idąc prosto na zachód powinniśmy trafić na punkt. I trafilibyśmy, co widać po tracku, ale w pewnym momencie skręciliśmy na południe i zatoczyliśmy malutkie koło. Przy PK2 pojawiły nam się dwa kolejne punkty do przerysowania PK3, który już mieliśmy i PK11.

PK2 —> PK11 

Niedługo po wyjściu z PK2 rozpadł mi się kompas. Ot, po prostu kapsuła wypadła z oprawki, a oprawka pękła w pół. Zdjąłem połamaną oprawkę z ręki, a kapsułę schowałem do foliówki z mapą. Przez resztę biegu musiałem nawigować w taki sposób. Po drodze do PK11 spotkaliśmy również Beatę i Marcina Brudło. Przez kolejnych kilka kilometrów będziemy się z nimi tasować na trasie. Wariant dotarcia do PK11 był w miarę oczywisty, więc bez zbędnych kombinacji lecieliśmy w kierunku zachodnim. Lecieliśmy tak żwawo, że w pewnym momencie wyrżnąłem się na glebę. Na szczęście od razu lot koszący zamieniłem w przewrót przez ramię, więc obyło się bez ofiar śmiertelnych. PK 11, opisany jako „Buk ok 10m na N od jaru”, udało się odnaleźć w miarę bez problemów. Tam kolejne rysowanie: istniejący już na mapie PK3 i PK4.

PK11 —> PK3

Wybraliśmy PK3 jako kolejny punkt do zaliczenia. Liczyliśmy na to, że trasa będzie tak poprowadzona, że ostatni punkt znajdzie się w południowej części mapy i wracać do bazy będziemy przez Borne Sulinowo. Do PK3 również prowadziła bardzo nieskomplikowana droga. Mimo temperatury powyżej 20 stopni, ciągle biegło nam się bardzo dobrze. Nogi były bardzo świeże, a i umysły pracowały na w miarę wysokich obrotach. W trakcie dolotu do PK3 znów trafiliśmy na Beatę i Marcina. Dotarliśmy wspólnie w okolice punktu i wspólnie udało nam się go odnaleźć w rozsądnym czasie. Zeszliśmy ze skarpy, gdzie znajdował się punkt i wyszło na to, że mamy podobną wizję dotarcia do kolejnego punktu.

PK3 —> PK4

Na poprzednim punkcie na wschodniej części mapy odsłoniły nam się punkty PK4 i PK6. Wybraliśmy PK4 ze świadomością, że dziś natłuczemy mnóstwo kilometrów. Droga do PK4 znów była dość oczywista. Do pewnego momentu ja z Kubą i Beata z Marcinem biegliśmy w zasięgu swojego wzroku. Po odbiciu na północny-wschód (kiedy to jeszcze nas wyprzedzali) sytuacja zmieniła się znacznie. Prowadziłem mnie i Kubę na azymut przez pola tak, aby trafić w drogę, która podprowadzi nas w okolice punktu. Rozglądaliśmy się uważnie dookoła siebie i na otwartej przestrzeni nie widzieliśmy Marcina i Beaty. Jak się później okazało dotarli do punktu 10 minut po nas. Po przelocie przez pola wyszliśmy idealnie na przeciw ścieżki, którą ruszyliśmy dalej w stronę PK4. Jak już pisałem mapa była bardzo nieaktualna i to, co na mapie było łąką czy polem, w rzeczywistości było młodnikiem lub dość rozwiniętym lasem. Radziłem sobie jednak dobrze, pilotując nasz dwuosobowy tramwaj. Spoglądanie na wysokość drzew, wyszukiwanie granic między starym a młodym lasem itp. sprawiało, że ani przez moment nie mieliśmy wątpliwości, gdzie jesteśmy. Do PK4 dotarliśmy znów bez wielkiej historii.

PK4 —> PK6

Odkryliśmy kolejne punkty: znany już nam PK6 oraz PK1 i chyba PK7. Stwierdziliśmy, że zbieramy „szóstkę”. Ruszamy na azymut do asfaltu i jednocześnie wyprzedzamy kilku zawodników. A po chwili wypracowaną przewagę wykorzystujemy na szybkie zboczenie na stację benzynową. Tam napełnienie bukłaków wodą, bo źródełka wyschły. Do tego klasycznie: zimny energetyk i zimna coca-cola. I po paruminotowym pić-stopie lecimy dalej. Jak się okazało, nie musieliśmy zbaczać na stację, bo niedługo potem w osadzie nad jeziorem był sklep. Tym razem minęliśmy go jednak i wariantem zaproponowanym przez Kubę polecieliśmy w stronę PK6. Przed samym punktem bardzo uważnie pilnowaliśmy mapy, wybieraliśmy właściwe przecinki, ale jednak przestrzeliliśmy. Nie odmierzyliśmy dobrze odległości i dotarliśmy do brzegu jeziora. Zaproponowałem więc, że zaatakujemy punkt od południa. Na mapie jest przecinka i nią polecimy. Przecinki jednak nie było. Było tylko widać przestrzeń w koronach drzew – wiedziałem, że to musi być to miejsce. Kuba miał wątpliwości, ale w końcu poleciał za mną. Po chwili dotarliśmy do PK6, obok którego przebiegaliśmy kilka minut wcześniej. PK6 odsłonił nam PK5, który już dawno mieliśmy, PK1 i bodajże PK8.

PK6 —> PK1

Najpierw powrót tą samą drogą, a później wejście w las, gdzie ścieżki po chwili przestały zgadzać z rzeczywistością. Stała chałupa, byli ludzie i niby z mapy było wiadomo jak to obiec, ale w terenie się okazało, że są płoty, gęstwiny i inne cuda. Po krótkim spacerze w totalnie złym kierunku wbiliśmy się w kolejny las, a później już obraliśmy kierunek po azymucie: idziemy TAM! Tam musi być jakaś cywilizacja! I była. Wylecieliśmy praktycznie tam, gdzie chcieliśmy. Warto dodać, że pola były zasiane jakimś żytem, pszenicą czy czymś takim, więc napieranie przez nie było banalnie proste (a nie tak, jak tydzień wcześniej, kiedy darliśmy przez rzepak). Dotarliśmy w okolice Góry Śmiadowskiej, we wnętrzu której umieszczony jest poniemiecki bunkier, w którym to znajdował się kolejny punkt kontrolny. Chwilę nam zajęło, zanim znaleźliśmy wejście do środka. W opisówce było napisane: PK1 Bunkier – w środku (woda). Byłem przekonany, że będziemy się taplać w wodzie, zmierzając do punktu. A jednak nie – to oznaczało, że mieliśmy tam pić-stop. Przydał się, nie ma co ukrywać. Sam PK1 natomiast umieszczony w bunkrze, to fantastyczna sprawa. Chłodno, ciemno, wilgotno, ciasno i bez latarki nie podchodź. Świetne odprężenie po całym dniu naparzania w otwartym, gorącym terenie.

PK1 —> PK7

Znamy już położenie wszystkich punktów. Odkrył się przed nami PK10 i dzięki temu wiemy już jak będzie wyglądała nasza dalsza droga. Boli nas jednak to, że z ostatniego punktu będziemy mieli kilkunastokilometrowy pusty przelot do bazy. Cóż, za błędy trzeba płacić. Póki co jednak myślimy tylko o tym, żeby złapać jak nawięcej trasy za dnia, bo słońce powoli chyli się ku zachodowi. Wariant z PK1 na PK7 był najcięższym w trakcie tych zawodów. Najpierw na szagę polami do miejscowości Ciemino, później przez las w poszukiwaniu jakiejś przecinki prowadzącej na północ (której w rezultacie nie znaleźliśmy), a później znów polami w kierunku najbardziej nas interesującym. Dotarliśmy do drogi. Na mapie są dwie, na której jesteśmy my? Nic to, idziemy na północ, w końcu się okaże. I faktycznie – jest ambona, na mapie też jest oznaczona. Wiemy, gdzie jesteśmy. Po drodze dołączyła do nas dwójka innych zawodników. Tniemy więc we czwórkę. Przekraczamy tory kolejowe, co przy ogólnie panującym zmęczeniu nie jest już takie proste i odnajdujemy kolejny bunkier. Tyle, że punktu nie ma! Obchodzimy bunkier ze wszystkich stron i nic. Odłączam się od towarzystwa i idę na drugą stronę ścieżki. Po stu metrach znajduję kolejny bunkier, a w nim punkt. Czy ja już mówiłem, jak ważne jest precyzyjne przerysowywanie PK na mapę?

PK7 —> PK10

Biegniemy do przedostatniego punktu. Biegniemy, bo chcemy go znaleźć zanim zrobi się całkowicie ciemno. Prowadzę czteroosobowy tramwaj. Wbijamy się w las właściwą przecinką, gęstwina spora, ale widać ślady – ktoś tu szedł przed nami. W pewnym momencie teren zaczyna w miarę zgadzać się z tym, co widzimy na mapie (patrzymy na poziomice, bo ścieżki zniknęły w ciemnościach). Zarządzamy poszukiwania. Jedna górka, druga górka, niemaniemaniema. Jeszcze raz, trochę dalej. Jedna górka, druga górka, niemaniemaniemaniema. Kurde! Kuba wpada na pomysł, żebyśmy odnaleźli jeziorko, które widnieje na mapie. Obok niego jest wyraźna droga i namierzmy się od niej. No tak, to przecież takie banalne. Znajdujemy mokradła, znajdujemy drogę, znajdujemy charakterystyczne skrzyżowanie, wbijamy się w las i po chwili wpadam na punkt. W końcu, bo nastroje się nieco popsuły. Teraz odżyliśmy i ruszyliśmy biegiem w stronę ostatniego punktu.

PK10 —> PK8

Czteroosobowy tramwaj posuwa się do przodu. Wyznaczyłem wariant, którym posuwamy się wszyscy razem. Asfalt – jest. Zakręt – jest. Polna droga – jest. Przecinka w las – jest. Druty energetyczne – są. Skrzyżowanie – jest. Przecinka dookoła wzniesienia – jest. Obchodzimy górkę, ja odmierzam odległość. Jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze nie, teraz! Wbijamy się do góry. Sosny, gałęzie, sony, gałęzie, ciemno, zimno, ale jest punkt! Odbijamy i próbujemy podjąć najważniejszą tego dnia decyzję – czy wracamy do bazy północą czy południową częścią jeziora. Ja początkowo byłem nastawiony na powrót południem – miałem pusty bukłak i liczyłem na to, że w Borne Sulinowie znajdę jakiś całodobowy sklep i go napełnię. Kuba sugerował powrót północnym wariantem. Poddałem się temu, licząc, że spotkamy jakichś grillujących ludzi, którzy wspomogą nas wodą.

PK8 —> META

Droga była prosta, jak budowa cepa. Aby na zachód wzdłuż jeziora. Pod górkę szliśmy, po płaskim i z górki staraliśmy się truchtać, choć było to trudne. Mieliśmy w nogach prawie 70 kilometrów, byliśmy ponad 11 godzin na trasie i zwyczajnie byliśmy zmęczeni. W miejscowości Dąbrowica stał się cud. Trafiliśmy na dobrego człowieka, lekarza, który poratował nas dwoma butelkami wody mineralnej. Uzupełniliśmy zapasy, porozmawialiśmy z naszym dobrodziejem i poczłapaliśmy dalej. Biegliśmy razem jeszcze przez kilka kilometrów. W pewnej chwili Kuba stwierdził, że on musi usiąść, położyć się i w ogóle odpocząć. Chciałem się zatrzymać razem z nim, ale stwierdził, że sobie poradzi i mam biec dalej. Cóż, umowa między nami od początku była taka, że w razie czego jeden na drugiego nie czeka. Ruszyłem więc w stronę mety (po drodze parokrotnie dzwoniąc do Kuby z pytaniem, czy aby wszystko jest ok). Stwierdziłem, że chcę mieć to jak najszybciej za sobą. I biegłem. Tempo po 6:20/km, ale zawsze. Tam, gdzie było pod górkę, to maszerowałem ile sił w nogach, a tam gdzie się wypłaszczało, biegłem.

I dobiegłem. Pokonując dokładnie 80 kilometrów.

Danielośmiejokilometry

Zwycięzca, Łukasz Romanowski, na pokonanie całej trasy potrzebował 9 godzin i 39 minut – to świadczy o tym, jak trudna i nietypowa to była impreza. Drugie miejsce zajął Krzysztof Arseniuk z czasem 10:31. Trzeci był Staszek Kaczmarek z czasem 11:19. Przypomnę, że tydzień wcześniej w większości przemaszerowanych przeze mnie Mazurskich Tropach, mając czas 11:20 zająłem 21 miejsce. Teraz uzyskałem czas 13:02 i zająłem 7 miejsce. Miejsce bardzo mnie satysfakcjonujące. Wiem, że przy okazji obrania lepszego wariantu to z taką formą dnia mogłoby być jeszcze lepiej. Wielkie słowa podziękowania za wspólne napieranie należą się też Kubie Runowskiemu – dzięki, dobry człowieku! To były fajne zawody!

Organizacyjnie również nie ma się do czgo przyczepić. Ciepło w szkole, ciepła woda pod prysznicem, fajna, rajdowa atmosfera… Tylko nadmiar tych kilometrów… Ci najszybsi też mieli grubo ponad 60 kilometrów na liczniku! Danielu Śmiejo, organizatorze tego całego zamieszania, wzywam Cię do odpowiedzi na pytanie – jak wyglądał optymalny wariant i w jaki sposób żeś wyliczył te 50 kilometrów???:)

A poniżej mapa w całej okazałości:

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Grassor 2013. Relacja.

  1. borman napisał(a):

    Relacja długa i zawiła, jak brazylijski serial 🙂 .

  2. […] Mazurskie Tropy i Grassor. Dwie czerwcowe imprezy na orientację na dystansie 50 kilometrów. Pierwsza rozgrywana na terenie […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *