Gdybym zaczął biegać jeszcze raz.

Autor: • 16 stycznia 2013 • Blog, Inne15 komentarzy4160

Jakiś czas temu w biegowej blogosferze (a konkretnie u Biegającego Przemka) krążyły teksty dotyczące tego, jakbyśmy się zachowali (lub nie), gdybyśmy zaczynali biegać raz jeszcze, wiedząc to, co wiemy teraz. Miałem się udzielić w tym temacie już dawno, ale dopiero teraz mam na tyle czasu, żeby na spokojnie usiąść i pomyśleć. A jest o czym myśleć…

 

Biegania też trzeba się nauczyć

 

Wiecie jak wyglądałem, kiedy wychodziłem na swój pierwszy trening? Gruba bawełniana bluza z kapturem, krótkie wojskowe spodenki (takie niebieskie), zwykłe skarpetki i buty. Buty z Dajszmana. Do chodzenia. Z bieganiem niemające nic wspólnego. Podobnie zresztą jak ja. Wiedziałem, że bieganie, to przebieranie nogami. Im szybciej przebieram, tym szybciej biegnę. Ot, taka zależność. Wiedziałem też, że jedno okrążenie dookoła Jeziora Maltańskiego w Poznaniu (bo tam odbył się mój pierwszy „trening”) ma jakieś pięć kilometrów. Wyszedłem z domu i zacząłem biec. Po 400 metrach się zatrzymałem, pozbierałem wyplute po drodze płuca i ruszyłem dalej. Po kolejnych 400 metrach to samo. Do punktu startu dobiegłem po blisko półtorej godzinie. Miałem dość.

Gdybym zaczął biegać jeszcze raz, przeczytałbym duuuuuuuuuużo informacji dotyczących biegania. Dowiedziałbym się jak dobrać tempo. Dowiedziałbym się, że na początku marsz nie jest powodem do wstydu. Czytałbym, pytałbym, rozmawiałbym i szukałbym każdej możliwej wiedzy. Jak wszyscy dobrze wiemy, z tym bieganiem to nie jest takie hop-siup.

 

Dwa treningi

 

Biegacz, ten zaczynający biegać, bardzo często wychodzi na dwa treningi. Pierwszy i ostatni. I to jednocześnie. Bardzo często ma wpływ na to, co opisałem powyżej. Ważne jest, aby pomimo całego mania dość, samemu sobie sprzedać kopa w dupę i powiedzieć „O, nie! Się nie poddam!”.

Mimo, że miałem dość bardziej niż bardzo, wyszedłem na trening ponownie. Tym razem wolniej. Tym razem z wiedzą wygrzebaną w Internecie. I zamiast zniechęcenia i wkurwienia, że nie mam kondycji (jak to nie mam kondycji?!? Przecież 10 lat wcześniej grałem w piłkę nożną!!!), pojawił się zalążek radości z biegania. Radości z tego, że oto ponad 80 kilogramowy kanapowiec potrafi przebiec jednym ciągiem kilometr. Albo dwa.

 

Mam plan, wykonam go sam

 

Gdybym zaczynał biegać raz jeszcze, w tej kwestii postąpiłbym tak samo, jak postąpiłem trzy i pół roku temu. Ustaliłbym sobie cel. Cel do którego bym dążył i wizja spełnienia którego by mnie motywowała i dawała kopa do działania. Takim celem dla mnie był półmaraton w Poznaniu w 2010 roku. Miałem całą zimę do przepracowania (dla kogoś zaczynającego biegać to najgorszy moment na rozpoczęcie przygody z tym sportem). Korzystałem z planu treningowego znalezionego na bieganie.pl.

Gdybym zaczynał biegać jeszcze raz, wygospodarowałbym chociaż 60 złotych na najtańsze buty z Decathlona. Nie biegałbym całą zimę w butach z Dajszmana (z tego miejsca chciałbym podziękować swoim piszczelom za to, że nie eksplodowały). Kupiłbym też najtańsze ciuchy biegowe. Nie biegałbym w bawełnianych koszulkach i bawełnianych spodniach. Cudem tylko nie dostałem zapalenia płuc czy innej cholery.

Gdybym zaczynał biegać jeszcze raz, to również cieszyłbym się jak małe dziecko z każdego sukcesu. A sukcesami były dla mnie chwile, kiedy po raz pierwszy przebiegłem bez zatrzymania 5 kilometrów; kiedy po raz pierwszy biegłem więcej niż 60 minut bez przerwy; kiedy po raz pierwszy założyłem numer startowy i otrzymałem pierwszy medal, pokonując 15 kilometrów w Trzemesznie w prawie półtorej godziny…

 

Keep calm and chłodna głowa

 

Gdybym zaczynał biegać raz jeszcze, miałbym od początku chłodną głowę i nie rzucałbym się na maraton po siedmiu miesiącach treningów. Co ja sobie wtedy myślałem?

Po pokonaniu połówki w Poznaniu w fajnym (wówczas) dla mnie czasie, 1:48, stwierdziłem, że maraton to będzie pikuś. Taki mały, malutki pikuś. I pojechałem w maju do Katowic na Silesia Marathon.

Gdybym zaczynał biegać raz jeszcze, a nie daj borze, głowa nie byłaby chłodna i rzuciłbym się na maraton, wybrałbym taki, który nie jest rozgrywany na 4 pętlach. Bieganie w kółko jest męczące, ale na dyszce czy półmaratonie można to jeszcze jakoś przeżyć. Maraton jednak wymaga większej odporności psychicznej, której na początku nie ma zbyt wiele.

Silesia Marathon w 2010 roku to były 4 pętle po Katowicach i Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku. 4 pętle. 4 razy po 10,5 kilometra. Czujecie to? Ja nie czułem. I pobiegłem. Owszem, dobiegłem do mety. Mimo kontuzji, mimo takiego bólu kolana, jakiego od tamtej pory nie czułem, mimo tego, że ostatnią pętlę to w zasadzie przeszedłem (za wyjątkiem finiszu, no bo przecież finiszować trzeba), dobiegłem – 4:27 na mecie, wielka radość, pierwsze biegowe łzy…

Ale teraz odczuwam lekki niedosyt i żal do samego siebie, że do najważniejszego maratonu w życiu (bo ten pierwszy zawsze będzie najważniejszy) podszedłem bardzo nieprzygotowany.

Zamiast podsumowania dorzucę jeszcze kilka porad w bardzo telegraficznym skrócie:

  • nie zaniedbujcie rozciągania,
  • bieganie to nie tylko bieganie, ale też siła biegowa,
  • nie bijcie rekordów prędkości na każdym treningu,
  • najpierw solidny trening, później starty (oszczędzicie sobie rozczarowań),
  • regeneracja jest równie ważna, jak sam trening,
  • słuchajcie swojego organizmu – on podpowiada więcej, niż się wydaje,
  • jeśli się wkręcicie w bieganie, warto zainwestować w lepszy sprzęt – to też inwestycja w zdrowie.

A jakie są Wasze przemyślenia na ten temat?

Podobne wpisy

15 Odpowiedzi na Gdybym zaczął biegać jeszcze raz.

  1. Krasus napisał(a):

    Świetny tekst. Myślę, myślę i jedyne co bym w swoim bieganiu zmienił to… biegałbym wcześniej i więcej. W latach 2010-2011 zbyt wiele było miesięcy, gdy liczba treningów nie przekraczała 4. Żenua, co nie? Nic dziwnego, że dopiero czwarty maraton przebiegłem tak jak chciałem – w zakładanym tempie i bez odcinków marszowych.

    W ogóle truchtać to ja już próbowałem w 2005-2007, ale wtedy to było baaaardzo sporadyczne, szkoda, że wtedy mi zabrakło motywacji. Nie musiałbym potem zrzucać 15 kg i na pewno byłbym dziś dużo dalej niż jestem.

    Wiele więcej błędów nie popełniłem, w buty zainwestowałem szybko, a koszulek technicznych miałem zapas, bo… zanim pobiegłem pierwszy raz na 10 z Biegnij Warszawo to trzy razy wcześniej się zapisywałem i nie biegłem;D A bo to się rozchorowałem, a to wyjazd, a to mecz w lidze futsalu i chłopaki nie mieli składu… 😉

  2. Leszek Deska napisał(a):

    Ja swoje przemyślenia opisałem u Przemka: http://przemekimaraton.wordpress.com/2012/12/17/gdybym-jeszcze-raz-zaczynala-biegac-czesc-5/ generalnie zacząłbym zabawę z bieganiem wcześniej a nie w wieku 35 lat 🙂 ale poza tym niewiele bym zmienił – szczegóły u Przemka. A twój wpis jak zwykle świetny 🙂

  3. borman napisał(a):

    Hej Maniek!

    Mógłbyś rozwinąć myśl:
    „jeśli się wkręcicie w bieganie, warto zainwestować w lepszy sprzęt – to też inwestycja w zdrowie.”
    bo mam pewne wątpliwości 🙂 .

    • marcinkargol napisał(a):

      Nic wielkiego na myśli nie mam.
      Ot, po prostu: wkręcam się w bieganie, więc kupuję techniczne ciuchy, żeby nie biegać w zimie w bawełnie. Wkręcam się w bieganie, więc kupuję porządne i odpowiednio dobrane buty.

      Sam wiesz jak można się urządzić niedopilnowując powyższego. To miałem na myśli piszac o „inwestycji w zdrowie” 🙂

  4. Magda B. napisał(a):

    Mogę ci powiedzieć, jak to widzę, bo jestem początkowa bardzo. Czytać można, owszem. Ale człowiek bardzo szybko się gubi, bo wiele informacji się wyklucza. Nawet chociażby informacje na temat pronacji/supinacji. I już problem, jak dobierać buty???
    Ciuchy latem można zwykłe (no chyba że idziesz dosłownie w każdą pogodę), zimą nie, to prawda.
    Mnie bardzo pomogła strona Skarżyńskiego, tam jest długi wpis na temat początkowego biegania, który bardzo mi poukładał w głowie. Ale właśnie… takich wpisów to ze świecą szukać.
    Planów treningowych też jest od groma. Spotkałam wiele zniechęconych osób, które zrezygnowały z biegania, bo nie znalazły planu dla siebie. Ba, pierwszy plan jaki znalazłam w sieci, plan dla początkującego, zakładał od razu 3 minuty biegu. Dla kogoś, kto nie biegał nigdy, to jest masakra. I wtedy tak jak piszesz, masz pierwszy i ostatni trening w życiu.
    Środowisko biegaczy jest fajne i ja np. bardzo dużo się nauczyłam i wiele wsparcia dostałam od osób biegajacych. A propos sprzętu – ostro się hamuję, żeby nie kupić zegarka z gps, bo po co taki początkującemu. Ale skoro namawiasz… 🙂

    • marcinkargol napisał(a):

      To prawda, trzeba umiejętnie oddzielać informacje ważne i potrzebne od informacyjnego szumu.

      A czy ja coś o zegarku pisałem?:)
      Chociaż skoro ten temat poruszyłaś, to stwierdzam, że w momencie, kiedy przychodzi chęć na kupno zegarka z GPS, człowiek przestaje być początkującym, a to jest fajny znak… 😉

  5. Maria napisał(a):

    Witam!

    Po części jakbym czytała o sobie – bo też pierwsze próby biegania (było ich kilka zanim załapałam „bakcyla”) poczyniłam w butach totalnie do tego nieprzeznaczonych, w zwykłym dresie… Dopiero po paru przebieżkach zainwestowałam w buty z lidla za 60 zł – mega fajnie mi się w nich wtedy biegało, teraz bym ich w życiu nie ubrała 😉 myślę, że ciuchy i pozostałe akcesoria można uzupełniać z czasem, bo tak naprawdę wiedza o tym co jest nam w bieganiu potrzebne przychodzi z czasem. Na początku nie sposób wiedzieć tyle, by być dobrze przygotowanym na uprawnianie biegania na poważną skalę 🙂 Pozdrawiam!

    • marcinkargol napisał(a):

      Buty z lidla są wbrew pozorom całkiem dobrym obuwiem 😉

      Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości.
      Nawet kiedy kupiłem sobie buty, to zestaw ciuchów do biegania miałem jeden. Jedna koszulka, jedne spodenki. Wszystko dochodziło metodą małych kroczków. Poczułem, że będę biegał dalej, więc mogłem pozwolić sobie na jakieś zakupy… 🙂

  6. cyprionka napisał(a):

    Witam!

    Bardzo fajny wpis. Szczególnie dla mnie, bo mam 35lat i właśnie zaczynam swoją przygodę z bieganiem (ale nie ze sportem).

    Na szczęście większość z tych rzeczy, o których piszesz gdzieś już do mnie dotarła. Oprócz jednej: chłodnej głowy. To chyba niewykonalne. Muszę mieć piękny, jasny i ambitny cel, żeby biegać. Dlatego zapisałam się w sierpniu na 16km bieg górski w Szwajcarii. Niejeden biegacz pewnie popukałby się w czoło, ale co tam, spróbować zawsze warto.

    Pozdrawiam!

    • marcinkargol napisał(a):

      16 kilometrów, to jeszcze do przeżycia jest. Niewiele więcej niż Bieg na Śnieżkę… 😉

      Cele są ważne. A nawet bardzo ważne. To dzięki celom, które sobie wyznaczymy, jesteśmy w stanie wytrzymać w „rygorze” treningowym. Piękny i ambitny cel sprawia, że nam się chce bardziej, niżby nam się chciało, gdyby celu nie było… 🙂

  7. Tomek napisał(a):

    Wszystko fajnie, tekst fajny, przekaz fajny, tylko proszę zmień to słowo „borze” 😉

  8. Monika napisał(a):

    dobry tekst! polece mezowi, ktory dopiero zaczyna 🙂 sama biegam od 2 lat i mam podobne do twoich przemyslenia. Ale co nas nie zabije to wiadomo…. prawda? 🙂

    pozdrowienia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *