Ełcka Zmarzlina 2018, czyli żonie należy dotrzymywać słowa

Autor: • 18 stycznia 2018 • #nbrteam, Blog, Mapa i Kompas, RelacjeKomentarzy (0)1477

„Czy jeśli stanę na domu bobra i wpadnę do środka, to mnie bóbr upierdoli w nogę?” – to było moje największe zmartwienie w drodze z PK15 na PK8. Ścieżka, którą chciałem dotrzeć do punktu, prowadziła przez sporej wielkości mokradła. Ślady łosia nie robiły na mnie wielkiego wrażenia, ale żeremia, po których w pewnym momencie musiałem przejść, już tak. Pierwsze kilometry Ełckiej Zmarzliny 2018 były niezwykle smakowite. A jak było dalej? Zapraszam do lektury.

Żono, słowo daję!

– Jadę po czwarte miejsce – mówiłem M., niemal każdego wieczora przed wyjazdem na Ełcką Zmarzlinę. Miałem w pamięci zawody z 2016 roku. Byłem wówczas megadobrze przygotowany. Zająłem bodajże 5. miejsce i przebiegłem tych parędziesiąt kilometrów w mniej niż 5 godzin. Obecna zima – podobnie jak ta sprzed dwóch lat – upływa pod znakiem fajnych, regularnych treningów. Do Ełku jechałem się złoić i mocno powalczyć.

Pogoda dopisywała. Poranek przywitał nas słońcem i temperaturą powyżej zera. O śniegu nie było mowy. Była za to mowa o bardzo wysokim poziomie wód – organizatorzy mocno nas przed tym ostrzegali. Woda, błoto i jeszcze więcej wody.

Zostaliśmy wywiezieni do miejscowości Rymki. To kilkanaście kilometrów od Ełku. Na starcie kilku mocnych zawodników. Kwitowski, Lenczowski, Grabski, Komorowski, Kaczmarek, Rycerski. Brakowało kilku innych, ale i tak wszystko wskazywało na to, że nie będzie mjentkiej gry.

Kargol jak zwykle na przekór

Mieliśmy do dyspozycji 3 mapy. Na trasie płynnie przechodziliśmy z pierwszej do drugiej i z drugiej do trzeciej. Kolejność zaliczania punktów też była oczywista. Za wyjątkiem pierwszych pięciu. A właściwie czterech następujących po PK6.

(kliknij na mapę, a otworzy Ci się w dużym rozmiarze z naniesionym moim trackiem)

Do PK6 dotarłem pierwszy. Za plecami miałem Janka Lenczowskiego, Piotrka Kwitowskiego, Patryka Grabskiego i całą resztę. Szybko zgarnąłem co moje i poleciałem w kierunku skrzyżowania, na którym można było się już poważnie zastanawiać, z której strony rozpoczynać pętlę i zbierać punkty położone na wschód od startu. Najprawdopodobniej byłem jedynym lub też jednym z nielicznych zawodników, którzy zdecydowali, że zaczną od PK15 i PK8, czyli pobiegną pętlę w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara.

PK15 wleciał szybko. Nie wpadłem idealnie na lampion, raz nieumyślnie, raz specjalnie przestrzeliłem, żeby móc się dobrze namierzyć i udało się zgarnąć punkt bez wielkiej straty czasu. Droga do PK8 wydawała się oczywista. Według mapy w jego stronę prowadziła ścieżka wzdłuż jeziora. I rzeczywiście tak było. Było też tak, że organizatorzy mieli sporo racji – poziom wód był dość wysoki i ścieżka w wielu miejscach była zalana i trzeba było brodzić w błocie lub też przez klasyczne mokradła.

„Czy jeśli stanę na domu bobra i wpadnę do środa, to mnie bóbr upierdoli w nogę?” – to było moje największe zmartwienie. Ślady łosia nie robiły na mnie wielkiego wrażenia, ale żeremia, po których w pewnym momencie musiałem przejść, już tak. Musiałem, ale jednak tego nie zrobiłem. Wycof na kilkanaście metrów i udało mi się znaleźć drogę bez naruszania bobrzego miru domowego.

Po przemierzeniu paru kilometrów w niezbyt szalonym tempie, złapałem PK8. Z niego dość prosta droga na południe do PK9 i PK18. Po drodze zaczynam spotykać tych, którzy biegną w przeciwnym kierunku. Minąłem się z Anią Sejbuk, z Natalią Najman, z Krzyśkiem Urbaniakiem. Nie widziałem jednak tych, których się najbardziej obawiałem. Coś pod skórą mówiło mi, że każda sekunda i minuta mogą być dziś na wagę złota. Prułem więc do kolejnych punktów. Na szczęście PK9 i PK18 były bardzo łatwe nawigacyjnie i po tym ostatnim – po znalezieniu odpowiedniej drogi w lesie – wyleciałem na cholernie długi przelot w kierunku PK14, po którym zmienialiśmy mapę.

Kargol – oczywiście znów po swojemu

Na tym przelocie, na prostej, którą już dzisiaj biegłem w przeciwną stronę, wyprzedziłem Mateusza Komorowskiego. To był mniej więcej 21 kilometr i nieco ponad druga godzina biegu. Tempo było naprawdę niezłe. Nie zwalniałem, chciałem uciec Mateuszowi – to mocny gość i wiedziałem, że wykorzysta każdy mój błąd.

(kliknij na mapę, a otworzy Ci się w dużym rozmiarze z naniesionym moim trackiem)

Kolejne dwa punkty – PK7 i PK16 – złapane. Po drodze wyprzedziłem paru setkowiczów. Każdego z nich pytałem, ilu takich jak ja z pięćdziesiątki ich wyprzedzało. Za każdym razem słyszałem: kilku. W takiej sytuacji nie ma wyjścia – trzeba cisnąć, bo tu może chodzić i minuty. A błędy popełnia każdy i wszystko może się wydarzyć. I na kilkaset metrów przed PK17 zobaczyłem ich – Kwitowski, Lenczowski, Grabski. Wybiegli z lasu. Szybki rzut oka na zegarek – 3:08. Wpadam w las po punkt, wracam na główną drogę – 3:13. Mają nade mną tylko 5 minut przewagi. Patrząc na nasze tempa to było jakieś 800-900 metrów.

Byłem już trochę zmęczony, nie mówię, że nie. Goniłem jednak. Do pewnego momentu skutecznie, bo niedługo po opuszczeniu PK17 dogoniłem Patryka Grabskiego. Z perspektywy czasu wiem, że popełniłem błąd, bo zwolniłem, zagadałem (bo Patryk to sympatyczny gość i to z nim przebiegłem 3/4 trasy, a później walczyłem zaciekle o miejsca na pudle na finiszu Orientiady w 2017 roku). I jak zaczęliśmy rozmawiać, tak też zaczęliśmy biec razem. Zacząłem mieć też skurcze – czasem mniejsze, czasem większe. Niemniej jednak komfort biegu zniknął i nie miałem w tym momencie siły na jakąś ucieczkę.

Wspólnie zgarnęliśmy PK1. Kilka minut później rozdzieliliśmy się – Patryk wybrał bezpieczny sposób dotarcia do PK10. Ja zaryzykowałem. Chciałem urwać trochę metrów i trochę sekund, lecąc na azymut. To był cholernie duży błąd, bo wpadłem na hiperbłotniste pole, które przy każdym moim kroku chciało zeżreć mi buty. Do tego popieprzyłem strony świata i we wkurwie, który mnie ogarnął, zamiast na wschód wywaliło mnie na południe do jakiegoś lasu, w którym w ogóle nie powinienem się znaleźć. Kiedy już się ocknąłem, znów znalazłem się na polu i przez kilka minut człapałem w błocie po łydki w kierunku drogi, za którą na górce był PK10. A gdy zbliżałem się do tego traktu, zobaczyłem Patryka, który wybiegał z punktu. Demyt!

Wielka ucieczka

Jakimś cudem wspiąłem się na górę. Podbiłem punkt, wypiłem pół litra zimnej coli od wolontariuszy, odpocząłem minutę i próbując uratować się przed skurczami, sturlałem się na dół. Chwilę później zobaczyłem Mateusza Komorowskiego, który zmierzał po PK10. Czyli z kilkunastu minut przewagi nad nim, zrobiło się ledwie kilka. To mnie pobudziło. Mimo że nogi były ociężałe, starałem się biec tam, gdzie tylko to było możliwe. Nawet po torach kolejowych, z których namierzałem się na PK2. Kolejny punkt wpadł niemalże bez pudła. Teraz jednak zamiast patrzeć daleko do przodu, zacząłem oglądać się za siebie.

Położony nad jeziorem PK11 wydawał się punktem prostym. Po drodze do niego, na sporym i zaskakującym podejściu zjadłem prawie całą tabliczkę czekolady. To miało być moje paliwo na ostatnich kilka kilometrów. Na jar, w którym znajdował się lampion, namierzyłem się bez problemu. Podbiłem kartę i na azymut pociąłem w kierunku PK4. Za plecami czysto – obserwowałem, czy Mateusz nie wyłania się zza górki, ale daleko za sobą nie widziałem nikogo. Przed sobą też nikogo nie widziałem, ale też nie spodziewałem się nikogo zobaczyć. Byłem pewien, że Patryk wystrzelił mocno do przodu, wiedząc, że może zbudować nade mną przewagę.

(kliknij na mapę, a otworzy Ci się w dużym rozmiarze z naniesionym moim trackiem)

PK4 i PK12 zebrane w zasadzie w biegu. Za mną pusto, przede mną pusto. Dobiegam do PK5 – szczyt wzniesienia. Zgarniam co moje. Lecę w dół, a dalej leśną drogą do granicy lasu. To z niej najlepiej będzie namierzyć się na przedostatni PK13. Wypadam z przecinki. Rozglądam się i próbuję zorientować, w którym miejscu jestem. Z lewej strony widzę skrzyżowanie z polną drogą, biegnę więc w prawo. Niestety, nie liczę metrów i za szybko wbiegam w las. Po parunastu metrach orientuję się, że coś jest nie halo. Wracam do granicy lasu. Porównuję mapę z otoczeniem – stwierdzam, że jestem zbyt daleko na północ od cieków wodnych, które są na mapie – teren jest jeszcze zbyt podniesiony. Zbiegam jeszcze 150 metrów na południe, wpadam w las i po kolejnych 100 metrach widzę lampion. Teraz już tylko do mety.

Chciałoby się powiedzieć: jak zwykle (choć narzekać nie zamierzam)

Biegnę przez pole, patrząc co chwila za siebie – czysto. Przede mną również nikogo w zasięgu wzroku. Podejrzewam, że pierwsza trójka, czyli Lenczowski, Kwitowski i Grabski pije już ciepłą herbatę na mecie. Czuję jednak na plecach oddech Komorowskiego i nie zwalniam, nie przechodzę do marszu. Po drodze podbijam ostatni dziś PK3, wbiegam na półwysep, na którym stoi ełcki zamek, a zaraz potem wpadam na bulwar nad Jeziorem Ełckim (muszę przyznać, że niezwykle ładny – aż chce się tam przyjechać na dłużej). Po kolejnych kilkuset metrach melduję się na mecie.

52 kilometry, 6 godzin 5 minut i 4. miejsce. I co najciekawsze – strata do trzeciego Patryka Grabskiego to tylko niespełna 3 minuty! Ileż to razy w moim biegowym życiu zabrakło mi do pudła kilku minut, to nawet nie zliczę. Pierwsze miejsce zajął Janek Lenczowski z czasem 5:27, drugi był Piotrek Kwitowski z czasem 5:35. A piąty Mateusz Komorowski stracił do mnie 8 minut i przybiegł po 6 godzinach i 13 minutach.

Podsumowując, dotrzymałem słowa. Żona zadowolona, ja też. Pierwszy start w sezonie, w którym w końcu chcę regularnie walczyć na maksimum swoich możliwości i duża liczba punktów na dzień dobry. Dobrze jest, a wiem, że będzie jeszcze lepiej.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *