Ełcka Zmarzlina 2016. Relacja

Autor: • 12 stycznia 2016 • #nbrteam, Blog, Mapa i Kompas, RelacjeKomentarzy (2)1908

Ełcka Zmarzlina. Pierwsze w tym roku zawody na orientację w Pucharze Polski w Pieszych Maratonach na Orientację. To jest ten puchar, na końcu którego chcę być w pierwszej piątce w klasyfikacji generalnej. Logiczne jest więc, że jadąc do Ełku, chciałem bardzo, bardzo mocno zająć dobre miejsce i stracić niewiele do zwycięzcy.

Nie wiedziałem jednak, czy mi się to uda. Po pierwsze, miałem w nogach 60 kilometrów biegania po Izerach i Karkonoszach z najlepszymi-człowiekami-na-świecie (o #NBRcamp przeczytacie niedługo, a zdjęcia możecie oglądać w tym miejscu). Po drugie, lista startowa była obsadzona sporą liczbą mocnych nazwisk, które gwarantowały walkę od startu do mety. I szybkie bieganie, bo Ełcka taka jest. A ja jakoś specjalnie szybko na 50 kilometrów nie biegałem nigdy – mój najlepszy wynik, to 5:56 – szału nie ma.

Eksplodujące piszczele

I teraz, kiedy patrzę na mapę i myślę o tych zawodach, mógłbym napisać, że nie lubię biegać z kimś. Mógłbym napisać, że biegnąc z PK1 do PK2 patrzyłem na plecy Krasusa, które nagle zaczęły biec w bliżej mi nieznanym kierunku. Ja miałem wrażenie, że eksplodują mi łydki i piszczele, więc nie przejmowałem się zbytnio mapą, tylko pobiegłem za Marcinem. Straciłem go jednak z oczu, zostałem z Pawłem i Piotrkiem Kwitowskim i… znaleźliśmy się w lekkiej czarnej dupie.

Mógłbym napisać, że byłem cholernie zły, a ból w piszczelach sprawiał, że przez moment myślałem o tym, żeby dać sobie spokój. Na szczęście jednak po paru kilometrach udało się go rozbiegać. Po znalezieniu PK3 się ogarnąłem i zacząłem czytać mapę tak, jak powinienem był to robić od samego początku. I zaczęło się robić dobrze.

Mógłbym napisać, że PK4 i PK5 były formalnością. Po drodze do tego ostatniego zacząłem liczyć, jakiego średniego tempa potrzebuję, żeby skończyć zawody z czasem poniżej pięciu godzin. Paweł powiedział po biegu, że miałem dzień konia. I faktycznie tak się czułem. Po bólu nie było śladu i biegło mi się zajebiście. Na przelotach między punktami schodziłem poniżej 5 min/km, a i tak czułem, że hamulec jest jeszcze lekko zaciągnięty.

Gdzieś przed PK6 Kwito został z tyłu. Na placu boju pozostałem ja i Choiński. Goniliśmy, bo wiedzieliśmy, że przed nami jest bardzo dużo osób, które nie miały problemów ze znalezieniem PK2. Wziąłem nawigację w swoje ręce i prowadziłem nasz zajebisty tramwaj.

Ramski challenge

Mógłbym napisać, że PK7 i PK8 weszły jak w masełko i że mieliśmy przed sobą długi przelot do PK9. Mój-przyszły-rzeźnicki-partner zaczął rzygać kokosem, czy coś takiego – w każdym razie zjadł jakiegoś dziwnego batona i żołądek zaczął mu odmawiać posłuszeństwa. Mimo całej miłości, jaką siebie darzymy, układ na zawodach PMnO jest stały – jeden zaczyna odpadać, drugi leci dalej swoje. Zadziało się podobnie. Przy PK9 spotkaliśmy się jeszcze na sekundę, po czym usłyszałem „goń Krasusa” i poleciałem dalej.

Bo mógłbym napisać, że Krasus był tylko kilka minut przede mną w pewnym momencie. Ależ mnie to nakręciło. Biegł z Marcinem Sontowskim, równie mocnym graczem. Podbiłem PK9 i wystrzeliłem do przodu w stronę PK10. Trafiłem tam bez pudła, podbijając punkt tuż za wspomnianym Sontowskim. Kurka rurka, ogień z dupy.

Wyprzedziłem Marcina i poleciałem w stronę PK11. Gęsta mgła utrudniała nawigację. Biegłem asfaltową drogą w tempie prawie że półmaratońskim, wiedziałem, że w odpowiednim momencie muszę pociąć na azymut przez pole i las. Jeszczenie, jeszczenie, jeszczenie, TERAZ! Myk z drogi na pole i po kilkudziesięciu metrach wpadam na przecinkę, która prowadzi mnie wprost na… Michała Bałchanowskiego i jego kumpla! Kurde, jeszcze Ramola mi tu potrzeba było!

Mógłbym napisać, że rywalizacja z Ramskim, to dla mnie sól zawodów. Po zeszłorocznej Maczudze Stolema ściganie się z Michałem jest dla mnie czymś tak niezwykle przyjemnym i magicznym, a do niego samego czuję tak wielki sentyment, że po prostu głowa mała! Kiedy spotkaliśmy się w lesie, wiedziałem już, że może być bardzo fajnie.

Sontowski challenge

Mógłbym napisać, że PK11 i PK12 podbiliśmy we trójkę, po czym się rozdzieliliśmy. W drodze do PK13 wypadłem na tory kolejowe jakieś 200 metrów przed Ramolem. Zredukowałem bieg i pognałem do przodu. Do mety nie zostało wiele, może nieco ponad godzina, więc odpuszczanie nie wchodziło w grę. Wszedł jednak w grę mały babol nawigacyjny, wynikający z braku ścieżek w lesie. W jego wyniku przed PK13 pojawiłem się parę minut później, niż bym tego chciał.

Mógłbym napisać, że pojawiłem się tam równo z Marcinem Sontowskim, z którym razem polecieliśmy do PK14 ścieżką, która nie istniała. Punkt jednak istniał. Podbiłem go i wyrwałem do przodu. Zostały tylko 4. PK15 i PK16 wlazło bez problemu. Przy tym ostatnim – z powodu mojego minutowego zakałapućkania – znowu doszedł mnie Sontowski. Wiedziałem, że jestem szybszy, więc specjalnie się tym nie przejąłem i pociąłem przez pole do PK17.

Mógłbym napisać, że wpadłem idealnie na lampion i że miałem już wyznaczoną drogę do ostatniego punktu kontrolnego. Mógłbym napisać, że udało mi się tam trafić bez problemu. Tego jednak napisać nie mogę, bo dałem ciała tak, że o-ja-cię. Zamiast pobiec na południe, pobiegłem na zachód. Szczegół. I zamiast dotrzeć do PK18 w 5 minut, dotarłem tam w minut 12. Po drodze przeskakując przez dwa płoty ogródków działkowych i dorzucając prawie kilometr biegu po polu.

Wszyscy challenge

Przy PK18 znowu pojawił się Ramol. Kurde! Będziemy się ścigać! Oni w prawo, ja w lewo! Patrzę na zegarek – pięć godzin ciągle do połamania! Podwójne ciśnienie! Wypadam na wiadukt nad obwodnicą Ełku. Patrzę w prawo – oni tam są! Shit!

Mógłbym napisać, że biegłem, ile sił w nogach. Kiedy pojawiła się konieczność pokonania kolejnego wiaduktu (stromego, trzeba przyznać), pomyślałem sobie, że może i bym odpuścił, ale za mną jest Bałchanowski! Nie mogę odpuścić! I tak leciałem po 4:30-4:40/km czy to pod górkę czy nie pod górkę. Nagle zobaczyłem przed sobą biegnącego człowieka… Sontowski!

Redukcja, but, odcięcie! Aaaaaa! 200 metrów, 150 metrów, patrzę za siebie, Ramol daleko, nie zagraża, Sontowski ciągle z przodu, 100 metrów, zbliżamy się do szkoły. Dlaczego on biegnie prosto, a nie w lewo? Może mi się coś pomyliło? Biegnę za nim! [tu zostaję prawie potrącony przez samochód] 50 metrów, 30 metrów, wbiegamy na dziedziniec szkoły! 20 metrów, 10 metrów, znika za winklem, już go nie wyprzedzę.

Rekord, życiówka i takie tam

Mógłbym napisać, że pokonałem 47 kilometrów w 4:53 i jest to najszybsza 50-tka na orientację w moim życiu. Mógłbym napisać, że zająłem 6. miejsce, tracąc do podium mniej jak 20 minut. Mógłbym napisać, ze Sontowski był o 2 sekundy szybszy, a Ramol wolniejszy o kilkadziesiąt sekund. Mógłbym napisać, że przegrałem z Krasusem tylko o 16 minut. Mógłbym napisać, że to były najlepsze zawody w moim życiu.

Mógłbym.
Ale nie napiszę, bo nie to jest najważniejsze.
Najważniejsze jest to, co działo się dookoła tego wszystkiego.

Oto, co jest najważniejsze

Najważniejsi są ludzie. Najważniejsza jest atmosfera i nieprzebrana radość, płynąca z samej obecności wśród tych człowieków.

Najważniejsze są suchary Kwitowskiego, najważniejsze są żarty w samochodzie, najważniejsze jest przepyszne jedzenie na biesiadzie, najważniejszy jest puchar z urwanymi uszami, najważniejsza jest impreza w pokoju 312 w ełckim internacie, którą zapoczątkował Kwito i która skończyła się o czwartej nad ranem, najważniejsze są wszystkie piosenki, które podczas tej imprezy zaśpiewaliśmy, z nieśmiertelną „Jolką, Jolką” na czele, najważniejsze jest zdarte gardło, które głośno krzyczało, że emigrowałem z objęć Twych nad ranem.

Najważniejsi są obcy ludzie, którzy przychodzili do naszego pokoju, przynosili piwo, siadali na naszych łóżkach i śpiewali z nami, najważniejszy jest ból brzucha i policzków ze śmiechu, najważniejsze są te chwile, kiedy czterech facetów próbuje zasnąć i nawet cisza śmieszy i sprawia, że zagryzasz z tego śmiechu poduszkę. I wiele, wiele więcej, czego opowiedzieć się nie da, a co po prostu trzeba przeżyć. I mam nadzieję, że będzie mi dane to przeżywać jeszcze nie raz…

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Ełcka Zmarzlina 2016. Relacja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *