Dziewczynka w sukience.

Autor: • 24 czerwca 2014 • Blog, InneKomentarzy (0)1309

Sobota, piąta rano. Budzik dzwoni po raz drugi. Pierwszy raz dzwonił 9 minut wcześniej. Sobota, piąta rano. Jeden z moich dwóch dni wolnych od pracy. Pracy w której nierzadko o piątej jestem już na pełnych obrotach. I dzwoni ten budzik. A oczy ciężkie. Motywatorem do ich podniesienia jest plecak, który spakowałem poprzedniego wieczora. Walić to, nie jadę! Walić walenie, jadę! Aaargh!!!

Na początek prawa część główki

Do Świeradowa Zdroju mam 120 kilometrów. Tylko kilka więcej, niż do Karpacza. A mimo to nigdy nie zagłębiałem się w Góry Izerskie. Co najwyżej muskałem ich przedgórze podczas Izerskiej Wielkiej Wyrypy. Skąd mi przyszedł do głowy pomysł na to, żeby pojechać właśnie tam pobiegać? Nie wiem. Dobrze jednak, że się pojawił, bo zbliżając się do celu, czułem coraz większą ekscytację. Chciałem jak najszybciej wyjść z samochodu i po prostu pobiec. Nie przeszkadzało mi to, że górne partie gór ginęły w chmurach. Wiedziałem, że będzie tam zimno i mokro. Wiedziałem, że chcę tam być, żeby moknąć i marznąć.

Po znalezieniu miejsca parkingowego, bardzo szybko się przebrałem, założyłem plecak i wybiegłem na szlak. Konkretnie, to na niebieski. Przynajmniej na razie. Kilka kilometrów pod górę w stronę Polany Izerskiej. Jestem sam na szlaku, nikogo nie mijam. Gdzie stromizna staje się mniejsza, biegnę. Ależ mi dobrze! A to dopiero początek!

Na polanie szlaki się krzyżują. Z niebieskiego wbiegam na czerwony. Z utwardzonej ścieżki wbiegam w las. Po chwili las zamienia się w fantastyczny krajobraz. Wiatrołomy wymieszane z niewielkimi iglakami (nie rozróżniam sosny od świerku – wszystko to iglaki i choinki), a to wszystko postawione na torfowisku, wśród błota i mchu. I ścieżka meandrująca niczym mała rzeka. A na ścieżce ja. Ja i ten fantastyczny single track 1000 metrów nad poziomem morza. Jest płasko, więc biegnę. Biegnę i mam nadzieję, że ten teren się prędko nie skończy. Miód.

Teraz większa część sukieneczki

Torfowiska zostawiam za plecami. Zaczyna się bardziej cywilizowany fragment szlaku. Szeroki trakt prowadzi pod górę. Za mną wyrasta powoli Izerski Stóg – będę tam za kilka godzin. Póki co jednak się od niego oddalam. Dobiegam do szczytu wzniesienia i mówię”wow”. Wydaje mi się, że na wyciągnięcie ręki mam Śnieżne Kotły i Szrenicę. Nanoszę sobie w głowie ten widok na mapę i faktycznie – przecież jestem rzut beretem od Jakuszyc. Nie podziwiam widoków zbyt długo – lecę w dół, nabierając prędkości przed podbiegiem. Jest pięknie! U podnóża Wysokiej Kopy szlak zbacza do lasu. Błotnisty zbieg przeplatany skokami nad korzeniami. Jak tu jest cudownie! 12 kilometrów na liczniku. 1/3 mniej więcej. Jest mi dobrze, jest mi świeżo. Jest mi mało!

Przelatuję szybko przez Rozdroże pod Cichą Równią. Czerwony szlak ucieka w górę w kierunku kopalni kwarcu „Stanisław”, a ja znów łapię szlak niebieski i biegnę w kierunku schroniska „Orle”. W międzyczasie spoglądam na garmina – chwilowe tempo osiąga miejscami 4:15/km, a mi jest absolutnie świeżo i absolutnie lekko. Kolejne kilometry mijają jeden za drugim, a ja poddaję się chwili i cieszę mordkę sam do siebie. W końcu zbiegam do znajomego mi miejsca. Orle. Byłem tu dwa lata temu, kiedy to z moim zacnym kolegą, Sewerynem, szykowaliśmy się do Maratonu Karkonoskiego. Tym razem jednak obyło się bez wchodzenia w samych gaciach do Izery – temperatura powietrza była wystarczająco niska. Wysoki natomiast był poziom mojego głodu – żołądek przypomniał sobie, że kilka kilometrów dalej można dostać – przy odrobinie szczęścia – fantastyczne naleśniki z jagodami i twarogiem (wiecie, że są ludzie, którzy nie lubią twarogu?!?). Oczywiście mówię o Chatce Górzystów. 25 minut później siedziałem już w schronisku, mając przed sobą tacę z naleśnikiem i wielkim kubasem gorącej herbaty. Yeah!

Ostatni kawałek sukienki i reszta główki

Po napełnieniu żołądka i strzeleniu sobie pamiątkowej fotki, ruszyłem powolnym krokiem dalej. Byłem cięższy o 450 gram naleśnika i pół litra herbaty, więc rozkręcałem się powoli. Ciągle trzymałem się niebieskiego szlaku, który miał mnie skierować znów na Polanę Izerską. Było asfaltowo i pod górkę. No i deszczowo. Pogoda się zepsuła sakramentnie i musiałem założyć czwartą, już deszczoodporną warstwę. Po doczłapaniu na polanę, wbiłem się na czerwony szlak, prowadzący do stóp Stogu Izerskiego. Na tym odcinku po raz kolejny dopadło mnie niesamowite flow – znów urokliwy single track, znów żywej duszy dookoła, znów chciało się biec, mimo że ścieżka pięła się w górę. Znów na moim ryjku pojawił się wielki uśmiech. Po 30 kilometrach wycieczki stanąłem u podnóża Stogu Izerskiego. Wycieczkę na szczyt zostawiłem sobie na następną razę, bo stężenie wody w powietrzu było tak wielkie, że i tak nic nie było widać. Kilka fotek i ostatni odcinek do Świeradowa. Trochę śliskich kamieni, błota i turystów nierozumiejących słów „przepraszam” i „uwaga, lewa” plus takie samo trochę niemalże sprintu po asfalcie na górki na ryj… 35 kilometrów w niespełna 4 godziny z 1000-metrowym przewyższeniem. Mniam.

Chce się żyć! Chce się biegać! To był fantastyczny reset! To tak, jakbym po każdym treningu wprowadzał swoj system w stan uśpienia lub hibernacji, a teraz nie dość, że uruchomiłem system ponownie, to jeszcze zdefragmentowałem dysk, zeskanowałem go i zaktualizowałem bazę wirusów. Dobrze jest!

Aaaaa, no i zapomniałbym o najważniejszym! Dlaczego „Dziewczynka w sukience”? Spójrzcie na track z Garmina – czy tylko ja to tam widzę?:)

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *