DyMnO 2016. Relacja

Autor: • 14 czerwca 2016 • #nbrteam, Blog, Mapa i Kompas, RelacjeKomentarzy (0)3417

Powinniście teraz czytać relację z Biegu Rzeźnika. Każdy szanujący się ultrabloger takową już napisał, nałapał lajków i szerów i ma to z głowy – siedzi i cieszy się z zajebistego wyniku. My (ja + Paweł) takowego nie osiągnęliśmy. Dałem dupy i choć relacja jest napisana w 75%, nie mogę zebrać się, aby ją dokończyć. Mam wrażenie, że ciągle tematu nie przegryzłem.

Dlatego też nadrobię zaległości – DyMnO 2016 – tam byłem w połowie maja. A że mam się czym pochwalić, to z przyjemnością zaproszę Was do lektury!

Aby łatwiej było wyobrazić sobie to, o czym piszę – w TYM MIEJSCU znajdziecie mapę z moim trackiem.

DyMnO są mi zawodami dobrze znanymi. W zeszłym roku o czterdziestosekundowy włos przegrałem pierwsze miejsce, do końca walcząc z Mateuszem Komorowskim. Jasnym było to, że w tym roku musiałem znów pojawić się na imprezie organizowanej przez Andrzeja Krochmala i znów musiałem to zrobić z zamiarem walki o zwycięstwo na krótkiej, 25-kilometrowej trasie.

foto: Bartosz Niezgódka

foto: Bartosz Niezgódka

Nie mówiłem tego głośno. Celem nadrzędnym było zrobienie sobie intensywnego, długiego wybiegania, które miało być jednym z ostatnich mocnych treningów przed Biegiem Rzeźnika. Idealnie by było, gdyby przy okazji udało się wskoczyć na podium – taką myśl wyrażałem otwarcie. O zwycięstwie natomiast myślałem sobie po cichemu cichu.

Do niezwykle urokliwie położonego nad Narwią Nowogrodu dotarłem godzinę przed startem. Ten zaplanowany był na 10. O tej też porze dostaliśmy do ręki mapy. Odpowiednią kolejność zaliczania punktów wybieraliśmy w zasadzie w biegu.

Bo skala ma znaczenie

Po kilku pierwszych rzutach oka na mapę, której aktualność datowana była na późne lata 80., stwierdziłem, że wybieram wariant zachodni. Jak pomyślałem, tak uczyniłem i po szybkim przekroczeniu mostu nad Narwią, pognałem przez las w stronę PK51. Za plecami zostawiłem m.in. Marcina Marszałka, z którym to jednak spotkałem się przy lampionie, bo niestandardowa skala mapy (1:25000 zamiast 1:50000) mnie odrobinę spowolniła i zmusiła do większego skupienia.

foto: Organizator / dymno.plNic to, pierwsze koty za płoty, lecimy dalej. PK22 ukryty przy oczku wodnym w środku lasu niedaleko zabudowań. Wygląda dość banalnie. Dolot do niego ścinam przez pole, ponownie wyprzedzając Marszałka z ekipą. Nie wbijam się jednak w ścieżkę, w którą powinienem był się wbić. Owszem, mijam zabudowania, ale dalej gonię w las i przewalam się za daleko. Po chwili odnajduję przecinkę, lokalizuję się w terenie, znajduję oczko wodne i po kilku minutach szperania dochodzę do wniosku, że to nie to oczko. Właściwe jest 150 metrów dalej. Punkt podbity, morale w dół.

Wylatuję z lasu na łąkę. Kolejny punkt jest jakieś 3 kilometry dalej w linii prostej. Na horyzoncie majaczą mi jakieś sylwetki. Ładnie mnie odstawili. Gonię jednak. Ufam swojej łydce i wiem, że to kwestia czasu. Nie straszne mi elektryczne pastuchy i pasące się na łące krowy. Azymut ustalony – wzniesienie, na którym znajduje się PK23.

Szybko docieram na miejsce i równie szybko znajduję lampion. Marcin z towarzystwem są kilkaset metrów przede mną. Byleby już więcej nie popełnić żadnego błędu – tak sobie postanawiam i mam zamiar wytrwać w tym postanowieniu do samej mety. Skupiam się mocno, tym bardziej, że przecinki mające podprowadzić mnie pod PK33, przestają istnieć. Orientuję się też, że wywaliło mnie za mocno na wschód, więc tnę przez las po azymucie, licząc, że trafię w miejsce, z którego namierzę się na punkt.

Do roboty!

Trafiam. Trafia też tam ekipa Marcina i zbieramy punkt w jednym momencie. Słyszę, że do następnego PK planują dotrzeć przecinkami przez las. To dobre wieści, bo las, który dzieli nas od PK25 jest wspaniale przebieżny. Nie zastanawiam się ani sekundy. Wyznaczam azymut i lecę jak popieprzony przez jagodziska i dywan z konwalii, radując się każdym krokiem stawianym w tych cudownych okolicznościach przyrody. Podczas każdego biegu jest taki moment, w którym przestają mieć znaczenie minuty, lampiony, rywalizacja, a najistotniejsze staje się to, co dzieje się dokładnie tej sekundzie, z kim i jak się to przeżywa i jakie emocje to wyzwala. To był właśnie ten moment.

W moment przewaliłem się na drugą stronę lasu – w sumie nie dziwne, bo ciąłem tam grubo poniżej 5 min/km. Wyleciałem niemalże idealnie w miejscu, w którym chciałem. Latanie na krechę dzisiaj było moją mocną stroną, o czym się jeszcze później miałem przekonać. Po chwili poszukiwań znalazłem punkt. A w zasadzie znaleźliśmy, bo spotkałem tam Jurka Parzewskiego i Mirka Rogalę, którzy wybrali wariant wschodni. To była bardzo średnia informacja dla mnie, bo wychodziło na to, że są ładny kawałek przede mną.

Nie miałem jednak zamiaru zwalniać. PK63 odnaleziony relatywnie szybko i sprawnie. Dwie minuty czesania terenu w poszukiwaniu „ruin budynku”, które w rzeczywistości było stertą cegieł obrośniętą bzem, uważam za całkiem niezły rezultat. W biegu wybrałem wariant do PK26. Wariant najszybszy, choć o kilkaset metrów dłuższy od optymalnego. Szeroka, wygodna przecinka przez las, potem zwrot na skrzyżowaniu i 200 metrów cięcia na krechę w poszukiwaniu lampionu. Plan zrealizowany bez pudła, punkt podbity w biegu. Ogień z dupy, do końca coraz mniej.

foto: Organizator / dymno.pl

foto: Organizator / dymno.pl

Kolejny PK – numer 52 – położony pięknie i cudownie. Obniżenie terenu między dwoma wzniesieniami. Dookoła fantastyczny sosnowy las, soczyście zielone jagodziska, oszałamiający zapach. Cudownie. Ale zanim człowiek tam dotarł, to namęczyć się musiał. Bo las przez tych 30 lat się zmienił (tyle miała mapa, przypomnę). Ścieżki też się pozmieniały. Owszem, do pewnego momentu droga prowadziła jak po sznurku, ale później się troszkę pokomplikowało. Pojawiły się wycinki. I generalnie głowa troszkę mogła rozboleć od myślenia. Na szczęście metr ciągle pozostał metrem i wyznaczając sobie trasę na zasadzie „300 metrów tam, później 200 tam, a dalej to już prosto na azymut” nabiegłem na punkt bez pudła.

Na punkcie spotkałem też Krzyśka Urbaniaka, którego obecność była dla mnie jasnym sygnałem „trzeba spieprzać”. Dwa razy sam sobie powtarzać nie muszę. Zredukowałem bieg i w drodze do PK24 zbudowałem kilkaset metrów przewagi. Punkt wzięty w biegu, ustalony azymut na dotarcie do kolejnego i jazda. Przyciąganie mety zaczęło działać. Włączyło mi się ściganie.

Ostatnia prosta

PK32 usytuowany na wzniesieniu. No, zajebiście. Górek co nie miara, ścieżki się nie zgadzają i weź tu traf we właściwe podwyższenie terenu. Jedna, druga chwila zastanowienia, szybka analiza pokonanego dystansu i kierunku, spojrzenie na poziomice na mapie i stwierdzam, że punkt musi być albo na tej (patrzę przed siebie), albo na tamtej (patrzę w lewo) górce. I był. Na tej po lewej. Rach, ciach i aby do Nowogrodu!

foto: marcinkargol.pl

foto: marcinkargol.pl

Przed metą do zaliczenia jeszcze jeden PK. Położony w kurpiowskim skansenie. Nie ma opisu. Jest tylko zdjęcie pomnika, przy którym się znajduje. Na szczęście widać ukształtowanie terenu za pomnikiem, więc zlokalizowanie lampionu zajmuje chwilę. Podczas wybiegania ze skansenu spotykam jednego z organizatorów. „Jesteś pierwszy”, słyszę. „To dobrze”, odpowiadam i gonię do budynku szkoły. Trzy minuty później wpadam do bazy.

Jestem pierwszy. Przebiegłem ponad 29 kilometrów w 3:10:25. Sześć minut za mną do mety dobiegł Krzysiek Urbaniak, a po kolejnych dziesięciu pojawił się trzeci, Tomek Pryjma.

Fajnie. Cieszę się. Potrzebowałem tego po nieudanej Rudawskiej Wyrypie i  średnio udanym Wings For Life. (relacje w przygotowaniu). Potrzebowałem poczuć, że mogę i umiem przycisnąć i że nadzieja na to, że 27 maja razem z Choińskim rozpieprzymy nasz własny system podczas Biegu Rzeźnika, nie powinna umierać.

A samo DyMnO? Bez zastrzeżeń. Piękne tereny, wzorowa organizacja, kameralna i bardzo przyjacielska atmosfera, niebanalne i wymagające myślenia punkty kontrolne, wielkie puchary (ten za tegoroczne zwycięstwo przebił swoją wielkością każdy inny, jaki kiedyś dostałem), smaczne drożdżówki – nie mam nic do zarzucenia. Do zobaczenia za rok!

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *