Cortina Trail 2017, czyli czym się różni koń od ojca

Autor: • 7 lipca 2017 • #nbrteam, Asfaltowo, Blog, Góry, Relacje, UltraKomentarzy (0)851

Przekozacki. Zajebisty. Niesamowity. Niezwykły. Cudowny. Najlepszy. Porywający. Genialny.

Tak w skrócie mógłbym opisać cały czas spędzony w Cortinie d’Ampezzo, związany z moim drugim startem w Cortina Trail. Czas od momentu zamknięcia drzwi w samochodzie w Warszawie, przez lodowaty browar wyciągnięty z rzeki przepływającej obok namiotu, do chwili, w której padam na glebę przed metą, robię pompki, a potem ómieram w ramionach M.

Postaram się jednak napisać coś więcej o tym święcie biegania w Dolomitach. Przed Wami pachnąca parmezanem i oliwą z oliwek i smakująca winem za dwa euro relacja z Cortina Trail 2017.

Po pierwsze: trening

Miałem nie jechać do Włoch. W tym roku miałem odpuścić wszelkie starty, które wymagałyby logistyki głębszej niż dwugodzinna jazda samochodem i nieobecność w domu dłuższa niż 12 godzin. Tak sobie wyobrażałem pierwsze miesiące życia z małym, różowym glutem o imieniu Hanka, który postanowił się urodzić moją córką.

Zanim jednak do tego doszło, matka owego gluta powiedziała „zapisz się na Cortinę, głupku!”. To była jej odpowiedź, na moje jojczenie, że były zapisy na Lavaredo Ultra Trail i że zapisali się tam Choiński i Ala i Belowski i że będzie fajna ekipa i że kurczę, za dwa lata to na pewno musimy pojechać i że ojojoj bieganie dolomity i cześć. Nie planowałem jojczeniem zyskać czegokolwiek. Ot, jojczałem z natury mojej własnej. Okazało się jednak, że M. chce zobaczyć Dolomity. Poczekałem więc do grudnia i się zapisałem na Cortina Trail.

Miałem solidnie trenować. W tym roku, a szczególnie w pierwszym półroczu, mimo narodzin małego, różowego gluta, miałem przycisnąć. Chciałem przycisnąć. I prawie mi się udało. Częściowo.

Jako taką regularność treningów zachowywałem do końcówki kwietnia. Szykując się do orlenowskiej dyszki, trenowałem solidnie, biegając w miesiącu po – beka ze mnie – 40, 50 kilometrów. Robiłem to jednak na dużej intensywności i udało mi się nabiegać upragnione 39 minut. Kolejne 1,5 miesiąca miałem nakurwiać treningi typowo pod Cortinę.

Miałem robić podbiegi. Najlepiej dwa razy w tygodniu. I do tego długie wybiegania. Budowa siły i bazy tlenowej. To ważne!

Aha. Taki chuj.

Przez cały maj i pół czerwca podbiegi robiłem może 5 razy. Pięć. Five. Cinque!

To nie miało prawa się udać.

Najlepsze miejsce na Ziemi

Gdybym miał taki talent, jaki miała Eliza Orzeszkowa, uraczyłbym Was teraz niesamowity opisem przyrody, jaka już po raz drugi czekała na nas w Dolomitach. Napisałbym o sosnach, które kłaniały nam się, gdy jechaliśmy asfatowymi serpentynami; napisałbym o rzece, która radośnie szumiała, ciesząc się z naszego przybycia; napisałbym o świstakach, które świstały na swoich świstaczych paluszkach, dając nam sygnał, że ich norki stoją zawsze dla nas otworem…

No, kurwa, pięknie tam jest.

I tak, jak w 2016 roku byłem absolutnie zachwycony potęgą i pięknem tych gór, tak w tym… nie zmieniło się nic.

Nie zmieniło się nic także w naszym tymczasowym meldunku we Włoszech. Absolutnie doskonały camping Olympia położony kilka kilometrów od Cortiny. Miejscówka z rzeką, lasem, ogromem miejsca na namioty, czystymi kiblami i zajebistą pizzą. Niczego więcej nie można od życia wymagać. Tym bardziej, kiedy ma się obok siebie idealną ekipę do takich wyjazdów.

[W tym miejscu następuje standardowy blogerski opis chwil spędzonych przed biegiem na jedzeniu, zwiedzaniu i piciu piwa, jest też mowa o odbiorze pakietów o expo, pojawiają się też akapity o pakowaniu plecaka na trasę i o ostatniej nocy przed startem. Nuda, oszczędzę Wam tego.]

W 2016 roku czułem się cholernie mocny. I byłem cholernie mocny (jak na swoje możliwości). Jechałem tam rozmienić 7 godzin i gdyby nie obżeranie się na punktach kontrolnych, udałoby się to. Wówczas skończyłem z czasem 7:17 i byłem megazadowolony z tego wyniku. Forma była wynikiem grubych przygotowań do totalnie nieudanego Biegu Rzeźnika.

Teraz formy nie ma. I wiedziałem to bardzo dobrze. Dlatego też startowałem na totalnej wyjebce. Bez stresu, bez ciśnienia. Mimo to marzyło mi się jak najdłużej trzymać ubiegłoroczne tempo. Po co? Nie wiem. Jestem debilem.

Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć Ą

6. kilometr, wspinamy się krętą drogą przez las. Czasem wypłaszcza się na tyle, że można kawałek podbiec. Czynię to, nie zważając, że od samego rana temperatura wynosi jakiś milion stopni i już teraz pot mi spływa po dupie.

12. kilometr. To długie, około dziesięciokilometrowe podejście wzdłuż koryta rzeki. Z 1500 metrów wchodzimy na 2400. W pełnym słońcu. Grzeje jak cholera. Wypiłem już z półtora litra wody. Piję też z każdego strumienia po drodze. Z rzeczki, przez którą przechodziliśmy też. I za kilka kilometrów, kiedy ponownie będziemy przecinać tę lodowatą wodę, napiję się ponownie. I na punkcie pomiaru czasu też się napiję.

Dziewiętnasty kilometr. Col dei Bos. Szczyt. Jeden z kilku, na które dziś wejdziemy. W 2016 roku zakładaliśmy tu kurtki, bo było zimno i biegliśmy w chmurze. Teraz schodzimy kilka metrów ze szlaku, żeby się napić ze strumienia i schłodzić czapki i buffy. Jak to mówią młodzi ludzie: masakracja. Czuję, że się odwadniam, mimo że co pół godziny łykam Salt Sticka (do kupienia w Natural Born Runners), a co 45 minut wrzucam w siebie żel. I piję jak głupi.

M. pisze mi smsa, że nie dotrą na punkt kontrolny Col Gallina. To mój 24 kilometr. Z jednej strony ogarnia mnie smutek, bo przydałoby mi się wsparcie już w tym miejscu – zdycham i ómieram. Z drugiej strony wiem, że mógłbym w tym miejscu zejść z trasy. Bo się męczę. W Col Gallina jestem 22 minuty później niż w ubiegłym roku. Wtedy byłem rześki jak ogórek z imbirem, a teraz mam dość.

Upał mnie zabił. Brak treningów mnie dobił.

Mam jednak w głowie: podejdź jeszcze na Rifugio Averau, potem zbieg plus niewielkie podejście do Passo Giau, tam będzie towarzystwo całe czekać, to będzie 33 kilometr i 2000 metrów w górę zrobione, a potem tylko jedno podejście na Forcella Giau i już tylko z górki do mety.

Nażarłem się, napiłem, uzupełniłem bukłak (przez nieco ponad 3,5 godziny wypiłem ponad 2 litry – do końca biegu wypiję co najmniej drugie tyle) i wyszedłem z punktu. Przeszedłem 50 metrów i zawróciłem. Wyszedłem nie w tym kierunku.

Dobiegłem do podejścia pod Rifugio Averau. Nie jest długie. Ma tylko 3 kilometry. Ale za to jest megastrome – trzeba się wspiąć jakieś 500 metrów. I to boli. Matkoboskoprzewyższeniowo, jak to boli. Kilkukrotnie musiałem się zatrzymywać, siadałem na glebie i robiłem sobie minutowe przerwy na połknięcie płuc z powrotem. Poczułem też, że zaczynają mnie chwytać skurcze. Zmieniłem krok, zwolniłem jeszcze bardziej. Parłem na szczyt, mając w pamięci przepyszną ciepłą herbatę z sokiem, jaką nas częstowali rok temu.

Kurwa, jakież to niedobre. Jak ziółka jakieś na żołądek czy coś. Jezu, po co ja tu właziłem. A jeszcze trzeba stąd zbiec. A ten zbieg taki kamienisty – dobrze, że nowe buty robią robotę. Rok temu biegłem w Inov-8 X-Talon 212. W tym roku postawiłem na model Terraclaw 250 i to był strzał w dziesiątkę. Lekkie, ograniczona amortyzacja i świetna przyczepność na luźnej, górskiej nawierzchni (do kupienia w Natural Born Runners).

Ze szczytu widać kolejny punkt. To Passo Giau. Tam jest M. Tam jest reszta towarzystwa. Chcę już tam dotrzeć, zjeść cytrynę, napić się coli.

Do Passo Giau przybiegłem jakieś 40 minut później niż rok wcześniej. Mimo że nie miało prawa, to było to dla mnie cholernie deprymujące. Nie miałem prawa być tak szybki jak w 2016 roku. Parę kilometrów wcześniej M. napisała mi smsa „Rok temu byłeś koniem, teraz jesteś ojcem”. Kurwa, ale ja chcę być szybkim ojcem! Oby za rok…

Dużo coli, dużo wody, pomarańcze, cytryny, jazda! M., Krasus, Bela, Martyna i Ala postawili mnie na nogi, kopnęli w dupę i wyprawili w dalszą drogę. Drogę, którą doskonale znałem. Najpierw podejście na Forcella Giau. Ostatnie takie duże w tym biegu. Potem parę kilometrów single tracka. Później jeszcze troszkę w górę na Forcella Ambrizolla i… tylko w dół!

Z Forcella Ambrizolla widać punkt kontrolny Croda da Lago. Prowadzi do niego szeroka, piargowa ścieżka lekko nachylona w dół. Słońce schowało się za chmurami, zrobiło się ciut chłodniej, ja trochę odżyłem. Parę kilometrów wcześniej zachciało mi się chcieć. I biec. I dolecieć do tej cholernej mety.

Na ostatnim punkcie spędziłem kilka minut. Usiadłem, zjadłem tonę owoców, wypiłem trochę coli. Teraz wbiegam już do miasta. I jestem bardzo blisko mety. Znam już te uliczki, znam te chodniki. I znam ten głos! To Joey! Wicemistrz Polski Cortina Trail. Nabiegał nieco poniżej 6 godzin!

Poprzednie 8 kilometrów było całkiem nowe. Organizatorzy zmienili ten fragment trasy na dwa dni przed biegiem. Już nie śmigaliśmy w dół po korzeniach i kamieniach. Teraz lecieliśmy lasami, single trackami lub szerokimi ścieżkami.

Na jednej z takich ścieżek skręciłem kostkę. Wygięła się mocno i nie w tym kierunku, w którym zwykle to czyni. Wyrżnąłem się na pobocze, drąc paszczę. Po minucie udało mi się wstać. Po kolejnej zacząłem truchtać. Po jeszcze następnej biegłem do mety jak gdyby nic się nie stało. Po kilku godzinach ledwo chodziłem.

Meta. Pompki przed nią. Buziak od M. za metą. Kamizelka finishera. 8 godzin i 6 minut. 50 minut gorzej niż w ubiegłym roku.

Czy powinienem być rozczarowany? Tak się czułem. Byłem szczęśliwy, że dotarłem do mety, ale byłem niezadowolony, że zrobiłem to w tak fatalnym stylu. Gotując się, jojcząc i mając ósemkę z przodu wyniku. Z drugiej strony, no, kurwa! Biegałem w tygodniu po góra 50 kilometrów! Nie pamiętam, kiedy byłem na bieganiu dłuższym niż 20 kilometrów, a Agrykolę w Warszawie odwiedziłem dwukrotnie.

Cieszę się, że przeżyłem.

Ale najbardziej cieszę się z każdej minuty, jaką mogłem przeżyć w trakcie tego wyjazdu. Biesiady w namiocie, śniadania na dworze, piwo prosto z rzeki, pizza prosto z pieca, posiadówy w Cafe Dolomiti…

M., Martyna, Paweł, Ala, Krasus, Ola, Bela, Zosia, Marcin, Ola, Bartek – dziękuję! 🙂

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *