[88dc7180980c601c3af78bc370de8073.html]

maraton paryski

Misja: Paryż. Mission accomplished! Relacja z Maratonu w Paryżu.

Jest niedzielne przedpołudnie, a ja biegam po przedmieściach Paryża. Po mojej prawej stronie widzę korty Rollanda Garrosa. Tu tutaj raz w roku spotykają się światowe tuzy tenisa. Federer, Nadal, Djokovic, Radwańska, siostry Williams. Obecnie na ulicach Paryża można obserwować światowe tuzy biegania. I Kargola, którego nogi nagle postanowiły zamienić się w coś ciężkiego. Dlaczego tymi nogami się tak ciężko przebiera? Dlaczego tak zaczęły boleć? Czy to już? Czy właśnie skończył się dla mnie maraton? Po 34 kilometrach biegu ze średnim tempem 4:40/km? Ja nie chcę tak umierać…

 

Temps de préparation

Nie będę zaczynał relacji z maratonu w Paryżu od pierdół. W ogóle nie będzie tu pierdół. Nie napiszę o opóźnionym samolocie. Nie napiszę, że gdzieś nad Luksemburgiem zorientowałem się, że nie zabrałem ze sobą pasa z małymi bidonami. Nie napiszę, że w piątek i sobotę pobolewało mnie kolano. Gdybym o tym pisał, to znaczyłoby to, że zwracałem uwagę na takie szczegóły. A nie zwracałem. Przynajmniej zwracać nie chciałem.

Na pewno uwagę zwracały targi maratońskie. Były przepotężne. Ogromne. Gigantyczne! Wystarczy powiedzieć, że wejście na targi poprzedzało krążenie wężykiem między barierkami po to, żeby tłum ludzi uformował się w kolejkę do wejścia. A po wejściu raj. Jedna część targów, to biuro zawodów + sekcja Asisca. Druga część targów, to dobra wszelakie. Buty, koszulki, spodenki, odżywki, plecaki, pasy, paseczki, dupereleczki. I dziesiątki biegów w różnych zakątkach świata. Na powolnym obejściu całości zeszły nam dobre dwie godziny. Dla zainteresowanych: pakiet zawierał kupę spamu, pistacje (mniam!), gąbkę, okazjonalny ręczniczek i torbę w której to wszystko się mieściło. Poza tym na targach można było otrzymać pasek z międzyczasami. Tę rzecz uważam za rewelacyjną, bo raz, że jest wodoodporna, dwa, ma zapięcie wielokrotnego użytku, a trzy, można wkładać doń własne rozpiski międzyczasów. Po zwiedzeniu targów i tradycyjnym, wielokrotnym “to bym sobie kupił…” i “tu bym sobie pobiegał…” nastąpiło powolne włóczenie się po Paryżu i ładowanie węglowodanami.

IMG_0477

Makaron na obiad. Podwójna porcja makaronu na kolację. Do tego z litr izotonika, drugie tyle wody. Wszystko przemyślane i stosowane już wcześniej. Obudziłem się o 5 rano. Szybka kalkulacja w głowie, budzik przestawiony na 5:30. Można trochę dospać. Pół godziny mija jednak bardzo szybko. Za oknem jeszcze ciemno. Widaćk, że będzie to bardzo pogodny dzień. Jak idzie o śniadanie, to nie eksperymentowałem – jajecznica z trzech jajek, do tego parę kromek jasnego pieczywa i dwa bananki. Do startu miałem ponad 2 godziny i wiedziałem, że muszę być najedzony.

Po wyjściu na hotelowy korytarz czuć znajomy i lubiany przeze mnie zapach Ben-Gaya. Są maratończycy w pobliżu. W metrze podobnie. Swoją drogą czy Wy też rozpoznacie maratończyka/biegacza na odległość, nawet jeśli jest w cywilnych ciuchach? Tak czy siak w międzynarodowym, biegowym towarzystwie dojechaliśmy do stacji po Łukiem Triumfalnym. Tam, już na powierzchni, widać było, że to będzie święto biegania. Setki, tysiące ludzi. Kolorowe stroje i towarzystwo ze wszystkich stron świata. Mimo tego kolorytu, było cholernie zimno. Miałem na sobie krótkie spodenki, dwie cienkie startowe warstwy u góry (koszulka z krótkim rękawem + koszulka na naramkach), cienką wiatrówkę i wspomnianą wcześniej folię. Godzina do startu. Zjadam węglowodanowego batonika i wypijam magnez. Pół godziny do startu. Jestem w jakiejś paryskiej uliczce niedaleko Pól Elizejskich i obsikuję właśnie kontener na śmieci. Robię krótką rozgrzewkę – trochę truchtu, parę przebieżek w tempie startowym, odrobina dynamicznego rozciągania. 15 minut do startu. Zjadam galaretkę od Enervita. Oprócz tego mam w zapasie dwa żele + magnez na pit-stopie na 29 kilometrze. Mam nadzieję, że wystarczy.

Heure de vérité

Jak już pisałem, niedzielny poranek przywitał nas bezchmurnym niebem, ale też bardzo niską temperaturą. Stojąc w swojej strefie startowej widziałem obok siebie biegaczy, którzy się dosłownie trzęśli z zimna. Biegaczy w sumie było mnóstwo. 40,000 ludzi z ponad stu różnych krajów. Od samego początku biegu wiedziałem, że jak nie teraz, to chyba nigdy nie uda mi się przełamać maratońskiej klątwy z Dębna. Wiedziałem też, że muszę być maksymalnie skupiony na wykonaniu zadania. Nie mogłem myśleć o tym, jak to będzie wspaniale, kiedy będę mijał linię mety, nie mogłem sobie wyobrażać tłumów na ostatnich metrach maratonu. Nie mogłem, bo do tych ostatnich metrów było jeszcze bardzo, bardzo daleko.

Dzięki temu, że start odbywał się falami, a ja ustawiłem się na samym początku strefy 3:15, już na pierwszym kilometrze udało mi się złapać docelowe tempo biegu. Nie wiedziałem, jak długo będzie ono dla mnie komfortowe, bo trening wg Staszewskiego nie miał w sobie wybiegań w tempie maratońskim. Pilnowałem jednak tętna, a ono od samego początku postanowiło mnie pozaskakiwać. Pierwsze 5 kilometrów pokonałem w takim tempie:

1 kilometr – 4:38/km
2 kilometr – 4:43/km
3 kilometr – 4:42/km
4 kilometr – 4:42/km
5 kilometr – 4:46/km (23:32)

Tętno nie opuszczało pierwszego zakresu. Krążyło gdzieś między 150 a 155 uderzeń, a ja czułem się bardzo lekko i rześko. Wpływ na to miała również pogoda – słonecznie z lekkim chłodkiem. Wystartowałem ubrany na krótko z dwiema cienkimi warstwami na górze + cienkie rękawiczki. To był strzał w dziesiątkę. Jeśli jest mi ciepło i komfortowo w ręce, wtedy jest mi tak samo w resztę człowieka. A człowieka na początku czekały inne zmartwienia, niż marznięcie – pierwsze dziesięć kilometrów miało w sobie sporo delikatnych, acz długich podbiegów. Nie trzymałem na nich tempa na siłę. Zwalniałem do ~4:45/km i nie pozwalałem sobie na wlecenie do drugiej strefy tętna. Mimo to drugą piątkę pokonałem z czasami: 6 – 4:40/km; 7 – 4:46/km; 8 – 4:41/km; 9 – 4:41/km; 10 – 4:44/km;  a w sumie na dziesiątym kilometrze zameldowałem się z czasem 47:11, co pozwalało mi na tamtą chwilę myśleć o wyniku rzędu 3:19.

Kolejna piątka to kolejnych kilka delikatnych podbiegów, a następnie osiągnięcie najwyższego punktu na trasie, który mieścił się w fantastycznych okolicach Chateau de Vincennes. Gdzieś tam, kiedy minęliśmy pałac, wszedłem w tryb robota – wówczas złapałem maratońskie flow. Nie, nie euforię biegacza, tylko rytm, na którym bardzo mi zależało podczas tego biegu. Kroki, oddech, tętno. Kroki, oddech, tętno. I połykanie kolejnych kilometrów. Bez błądzenia myślami, bez cienia dekoncentracji. Nieważne zespoły grające obok trasy, nieważne dzieci wyciągające ręce, żeby przybić im piątkę. Nieważne zabytki, muzea, pomniki. Kroki, oddech, tętno – to było ważne. Równie ważne było to, że kolejny odcinek trasy, to albo bieg po płaskim, albo delikatne zbiegi. Czułem pod skórą, że to, co uda mi się na tych zbiegach zarobić, może mi się przydać w późniejszym etapie. Na każdym zbiegu szukałem złotego środka – nie pędzić na złamanie karku, ale też nie trzymać równego tempa. Przyspieszyć znacznie, ale nie podkręcić sobie tętna. Udawało mi się to świetnie. Wykorzystywałem dobrodziejstwa trasy i zjadałem kolejne metry. Czasy między 11 a 20 kilometrem wyglądały następująco:

11, 12 kilometr – 4:39/km
13 kilometr – 4:37/km
14 kilometr – 4:40/km
15 kilometr – 4:43/km (1:10:35)
16 kilometr – 4:38/km
17 kilometr – 4:32/km
18 kilometr – 4:36/km
19 kilometr – 4:37/km
20 kilometr – 4:32/km

Oficjalne wyniki mówią, że odcinek między 16 a 20 kilometrem, był moją najszybszą piątką w całym biegu. Pokonałem go w 23:08.

Belles mauvaises débuts

Połówka za mną. Półmaraton w godzinę i 39 minut – świadomość tego, że wynik o 5 minut wolniejszy od mojej zeszłorocznej życiówki osiągnąłem w iście spacerowy sposób i z takim samym samopoczuciem, dodała mi sił. Wiedziałem, że jest dobrze i że mogę ugrać to, po co tutaj przyjechałem. Ten maraton rozgrywałem w swojej głowie (jak bardzo mi się ta rozgrywka w tej części trasy przydała, miałem przekonać się dopiero później). Skupienie i taktyka. Skupienie nad taktyką. Każdy punkt odżywczy, to parę łyków wody + ćwiartka banana. Nie mogłem sobie pozwolić na wypłukanie z paliwa tak, jak to miało miejsce rok temu w Dębnie. Między punktami odżywczymi parę małych łyków izotonika z buteleczki, którą miałem za pasem. Tam, gdzie poza bananami były rodzynki – śmiało, niech pan się nie krępuje – i garść do dzioba. Pięknie żarło, pięknie biegło. Minął 25. Kilometr. Wróciliśmy do miasta. A czasy z 21 do 25 km wyglądały tak:

21 kilometr – 4:49/km (półmaraton w 1:39:01)
22 kilometr – 4:41/km
23 kilometr – 4:42/km
24 kilometr – 4:42/km
25 kilometr – 4:37/km (1:57:26)

En legere montee

Z tunelami mam świetne wspomnienia. Półmaraton Warszawski w 2011 roku, moje zającowanie tam, tłum ludzi za plecami odkrzykujący do mnie ile sił w gardłach – miodzio. Teraz tunele lubię nieco mniej. Organizatorzy postanowili, że na początku drugiej części trasy przepuszczą nas paroma tunelami wzdłuż Sekwany. Tych kilka kilometrów w telegraficznym skrócie wyglądalo tak: zbieg, tunel, gorąco, podbieg, oddech, zbieg, tunel, gorąco, podbieg (jakby cięższy), oddech, zbieg, tunel, gorrrrrrąco, podbieg, ciągle gorąco, oddech. I drugi zakres. Dopiero na tym odcinku, gdzieś w okolicach 25 kilometra wszedłem w drugi zakres!!! To, że stało się to dopiero teraz, było dla mnie cholernie dobrą wiadomością. Oczywiście związek przyczynowo-skutkowy z tunelami nasuwa się sam. Skutek też był taki, że uleciała gdzieś lekkość i rześkość. Na 29 kilometrze czekała na mnie Moja Niebiegająca Kobieta. Dzierżyła w dłoniach aparat, magnez i kolejną małą buteleczkę z izotonikiem. Zrobiłem szybki pit-stop w biegu, chwilę pogadaliśmy (fajnie to brzmi: biegnę po 4:40/km, jestem około trzydziestego kilometra biegu i sobie po prostu gadam) i poleciałem dalej, czując, że za niedługo zacznie się dla mnie maraton. Czasy od 25 do 30 km:

26, 27, 28 kilometr – brak danych (tunele)
29, 30 kilometr – 4:43/km (2:21:09)

Marathon a commence

Na 34 kilometrze poczułem ścianę. Ale nie taką typową maratońską ścianę. To nie było coś, od czego się odbiłem i co mnie zatrzymało w miejscu. Ściana miała konsystencję świeżo wylanego betonu. Jest zajebiście ciężko, ale mogę się w niej poruszać. Jednak co to za poruszanie się?!? Tempo dramatycznie spada. Czuję, że truchtam. Patrzę na garmina, a tam 4:50/km. Chryste, rok temu w takim tempie nie bylem w stanie pokonać więcej, jak 30 kilometrów, a teraz to dla mnie trucht! No i tak truchtam z grymasem bólu na twarzy. Matko, ależ te nogi są ciężkie! Chciałbym się zatrzymać. Ja pierdolę, jak ja chciałbym się zatrzymać! Jak ja chciałbym przejść do marszu, tak chociaż na chwilkę… Wiem, że nie mogę tego zrobić, bo jeśli zatrzymam się raz, to później zatrzymam się i 10 razy. A do tego dopuścić nie mogę. Tylko co ja mam zrobić, żeby przestało boleć? Co ja mam zrobić, żeby zacząć biec swoim tempem?

Biegnij, chłopie, biegnij! Zostało ci 10 kilometrów. Zostalo ci 8 kilometrów. Zostało ci 6 kilometrów! Co to, szóstki w życiu nie przebiegłeś? Jestem na 36 kilometrze. Ciągle boli. Przyzwyczaiłem się do bólu. Nie interesuje mnie on. Stwierdziłem, że nie dojdziemy do porozumienia. W mojej głowie pojawił się Haruki Murakami, ze swoimi słowami: ból jest nieunikniony, cierpienie jest wyborem. Niech boli, ale to czy cierpisz, czy nie, zależy tylko i wyłącznie od ciebie! Ja nie chciałem cierpieć. Tętno ciągle niskie – 165 uderzeń. Co to jest?!? Patrzę na zegarek – strata! Wdupiłem to, co wypracowałem. Jestem pod kreską! Nie zrobię 3:20! Czasy między 30 a 35 kilometrem:

31, 32 kilometr – 4:44/km
33 kilometr – 4:47/km
34 kilometr – 5:03/km
35 kilometr – 4:52/km (2:45:26)

Oficjalne wyniki mówią jednoznacznie, że to była moja najwolniejsza piątka: 24:17.

Rien n’est impossible

Lewa, prawa, lewa, prawa, szybciej, szybciej, lewa, prawa. Prawie trzy godziny biegu za mną. Pół godziny do końca! Choćby skały srały i choćbym ja miał się posrać, to dobiegnę. Nie domaszeruję. Nie dotruchtam, a dobiegnę! Na własnych, spracowanych, ciężkich nogach. Ściana? Jaka ściana? Przedostałem się przez nią. Przeniknąłem przez beton. Jestem nim nieco oblepiony, nieco mi ciąży, ale nie na tyle, żeby mógł mnie powstrzymać. Nic mnie nie może powstrzymać. 37, 38 kilometr. 4:38/km to tempo tego ostatniego. Jest z górki, to mi pomaga. Gonię wynik! Cztery do końca!

36 kilometr – 4:47/km
37 kilometr – 4:55/km
38 kilometr – 4:34/km
39, 40, 41. Średnie tempo ciągle po 4:40/km!

Tak, kurwa! Nie mogę już, ale biegnę! Ostatni pit stop, zwalniam, biorę butelki z zimną woda, oblewam sobie nimi nogi. Znieczulam mięśnie. Jedną wylewam sobie na głowę. Znieczulam myślenie. Wraca Murakami: nie jestem tutaj po to, żeby iść. Jestem po to, żeby biec. Biec do końca. Więc biegnę. Biegnę ile tylko mam sił w nogach. A w zasadzie tak mi się wydaje, bo na 250 metrów przed metą spoglądam na zegarek – czy będę w stanie przebiec te 250 metrów w 50 sekund? No pain, no gain! Redukuję bieg, flaga Polski, którą przez cały bieg miałem ze sobą, a którą wyjąłem 100 metrów wcześniej, powiewa za moimi plecami. A ja ścigam się z uciekającym czasem. 150 metrów. 100 metrów. Tętno poszybowało w górę. 50 metrów. Meta! A za metą barierka, opieram się o nią, zakrywam flagą. I płaczę ze szczęścia. 3:20:05.

Finit bien

Fajnie by było, gdyby wynik brzmiał 3:19:59. Zawsze to lepiej wygląda. Sześć głupich sekund. Przyspieszenie o 30 metrów wcześniej. Wiem to, ale wali mnie to. Jestem cholernie szczęśliwy i zadowolony z tego, co nabiegałem. Kiedy w listopadzie zaczynałem trenować wg planu Wojtka Staszewskiego, marzyłem o 3:30. W połowie drogi do Paryża wynik 3:20 ciągle był dla mnie abstrakcją, chociaż Staszewski wspominał o nim nieśmiało. Tak naprawdę, to nawet na starcie nie do końca ogarniałem, jak ja mam przebiec 42 kilometry ze średnim tempem 4:44/km (realne tempo wyszło około 4:40/km – pokonalem 42,600 metrów wg garmina). Ale przebiegłem. Plan Staszewskiego nie zawiódł. Da się pobiec 3:20 w maratonie, biegając w tygodniu ~60 kilometrów (o szczegółach współpracy mojej i Kancelarii napiszę na dniach)! Ukończyłem Maraton Paryski w pierwszych 10% biegaczy, którzy zameldowali się na mecie. Pokonałem ścianę, pokonałem kryzys. Znalazlem w sobie pokłady siły, które pozwoliły mi przyspieszyć (lub utrzymać zakładane tempo) na ostatnich kilometrach. Nie będę się kłócił o te pięć sekund. Urwę je kiedyś. I parę minut razem z nimi.


Komentarze (43)