Bike Orient 2014 – Jura Wieluńska. Relacja.

Autor: • 5 lipca 2014 • Blog, Mapa i Kompas, Relacje2 komentarze1949

Łojezusie, moje stopy! Łojezusie, jeszcze tyle kilometrów! Łojezusie, jak pada! Łojezusie, mam za mało czasu!!! Łoooojezusie! Jak to możliwe, że rok temu pokonałem pięćdziesiątaka w nieco ponad 6,5 godziny i miałem kupę siły, a teraz nie jestem w stanie porządnie ogarnąć tematu w limicie 8 godzin? Biegnę i tęsknię za swoją formą sprzed roku. Biegnę i zastanawiam się, ile czasu stracę na szukaniu PK4. Biegnę i zastanawiam się czy uda mi się zebrać jeszcze choć jeden punkt po drodze bez strachu, że nie zdążę pojawić się na mecie w 8 godzin…

Jak zwykle – początek całkiem zacny

 

Rajd Bike Orient na terenie Jury Wieluńskiej miał być imprezą na której chciałem odbić się od dna. Bieg specyficzny, bo z ośmiogodzinnym limitem czasu. Byłem nastawiony bardzo bojowo – chciałem nakurwiać i chciałem zebrać wszystkie punkty kontrolne w tym właśnie limicie. Wiedziałem, że o dobre miejsce może być ciężko, bo mocnych zawodników było co najmniej kilku, ale chciałem sam przed sobą pokazać się z jak najlepszej strony. Na 15 minut przed startem dostaliśmy do ręki mapy. Było dużo czasu na to, żeby wybrać najlepszy wariant pokonywania trasy. Po chwili przyglądania się mapie okazało się, że punkty układają się w dość oczywistej kolejności, a jedynym problemem jest to, od której strony zacząć ich zbieranie. Zdecydowałem, że w przeciwieństwie do 70% zawodników polecę najpierw na zachód i pozbieram punkty z lewej strony Warty.

Jak pomyślałem, tak uczyniłem. Punktualnie o 10:00 biegacze i rowerzyści ruszyli na trasę Bike Orientu. Jako pierwszy do zaliczenia był PK5. Grobla między stawami. Dolot do punktu relatywnie prosty. Po pierwszym kilometrze zgrałem się z gościem-na-biało (nie pamiętam ani imienia, ani numeru) i do punktu polecieliśmy wspólnie. Skręciliśmy o jedną przecinkę za wcześnie, przez co musieliśmy sforsować dwa ogrodzenia w lesie, ale poza tą małą wtopą poszło bardzo dobrze – wyprowadziłem nas na lampion i szybko polecieliśmy do PK2. Dno wąwozu. I dno nawigacyjne. Niby poszukiwania punktu zajęły tylko parę minut, ale pomimo bardzo czytelnego rozjaśnienia, które mieliśmy na mapach, nie potrafiłem w 100% stwierdzić, czy jestem w tym wąwozie, czy może w tym obok. Czesaliśmy teren w kilkanaście osób i chyba tylko dlatego w miarę szybko wpadliśmy na lampion.

Równie szybko pobiegłem do PK7, czyli – jakżeby mogło być inaczej – dna wąwozu. Tym razem jednak wszystko było bardzo oczywiste. No, prawie wszystko. Dość nieoczywiste były półtorametrowe pokrzywy, które trzeba było gołymi rękami odsuwać na bok. Od razu miałem przed oczami Mazurskie Tropy A.D. 2013 i ból, jakiego doświadczyłem wtedy i kilka dni po. Błyskawicznie dostałem się do lampionu i jeszcze błyskawiczniej się stamtąd ewakuowałem. Pk14 – zakręt wąwozu – i długi przelot doń. Miałem do wyboru albo wariant bezpieczny – czyli ścieżki, asfalt i uklepywanie zbędnych kilometrów – albo wariant nieco mniej bezpieczny – czyli na krechę do ścieżki przez las, a potem na kolejną krechę do drogi przez pola. Oczywiście wybrałem bramkę numer dwa. Trochę pokrzyw, trochę jeżyn, trochę rzucania mięsem i jest ścieżka. Co dalej? Azymut czy wymyślanie jakiegoś asekuracyjnego wariantu? Wchodzę na pole. Patrzę: nie ma rzepaku. To dobrze. Rośnie sobie jakieś żyto, pszenica czy inny owies. Przez to można ciąć! No i pociąłem z lekkim odbiciem na zachód tak, żeby wylądować w wyznaczonym sobie miejscu. I się udało! Weszło jak w masełko. Oszczędność czasu i kilometrów, baaardzo dobrze!

Jak zwykle – końcówka zacna nieco mniej

Podbijam PK14. Kiedy odbiegam od niego na około kilometr spotykam zawodników biegnących w jego stronę. A na poprzednim punkcie to oni byli przede mną. Nieźle mi to wyszło. Sam sobie słodzę, to głupie. Nakręca mnie to jednak mocno. PK11 leży w bardzo oczywistym miejscu. Zbiegam na wartę, lecę jej brzegiem, trafiam w punkt. Nie biorę jeńców, uciekam szybko. Uciekam, jednocześnie zaczynając myśleć o taktyce. Rozmyślam o PK3. Daleko na zachód. Biec po niego? Ilu zawodników może mieć komplet punktów? Opłaca się? Biec i ewentualnie odpuścić coś innego po drodze? Co tu robić? Nie gubić się, żołnierzu! To robić! Teraz będzie bardzo żenujący fragment. Krótka opowieść o PK8, który stał na skrzyżowaniu ścieżek. Chyba najprostszy rodzaj punktu do odnalezienia. Czasami. Nie zawsze. Przewaliłem ścieżkę, którą powinienem był biec. Nawet nie tyle co przewaliłem, a niedowaliłem. Skręciłem za wcześnie. Wyleciałem w malutki kosmosik. Nie minęła minuta jak odnalazłem się w sytuacji. Dokładna analiza mapy, wskazań kompasu i udało mi się odnaleźć. Nie jest źle. Wróciłem w okolice PK, ale ciągle coś mi się nie zgadzało. Nagle w moim kierunku biegnie Lech Latecki. No, to będziemy myśleć razem. I kminimy i kombinujemy. Jesteśmy tu czy tam? Burza mózgów w środku lasu. W pewnym momencie pojawia się samochód. W samochodzie starszy pan i starsza pani. Gadka szmatka, czego szukacie, jesteście tu, tą drogą dobiegniecie tam (z Lechem nanosimy usłyszane informacje na mapę) i w pewnym momencie nasz dobroczyńca mówi: O, tam się coś czerwonego świeci! Tak. To był lampion. 50 metrów od nas. Schowaliśmy uczucie wstydu głęboko do plecaków i polecieliśmy razem dalej.

Lech rozwiał moje wątpliwości co do PK3. Atakujemy. Długi, nudny przelot. Do tego pojawiła się burza i ulewa. Zmokłem jak kura po raz pierwszy tego dnia. I po raz pierwszy moje stopy doświadczyły wstępnej masakracji. Psychicznie też się nieco zmasakrowałem, dlatego też postanowiłem zostać wagonikiem w tramwaju, którego motorniczym był Lech. Utrzymywałem bezpieczny odstęp od kolegi, jednocześnie nieco odpoczywając. To pomogło, bo po podbiciu PK3 znów ruszyliśmy wpólnie w drogę powrotną, prowadzącą do PK13. Z Gallowaya przeszliśmy do biegu, bo pojawił się ogon, a oboj mieliśmy świadomość, że póki co idzie nam całkiem nieźle, więc woleliśmy ogon zgubić. Szybko i bez problemów dotarliśmy do PK13, zaliczając (a może będąc zaliczonym?) przez kolejną ulewę.

I przyszedł czas na PK9. We dwójkę dotarliśmy do wzniesienia, które na południowym zboczu powinno mieć skałę, a u jej podstawy powinien stać punkt. Rozdzieliliśmy się (teraz wiem, że to był błąd) i zaczęliśmy czesać teren. Patrząc na tracka zrobiliśmy to znacznie za wcześnie. Patrząc na tracka widać też, że przez 20 minut poszukiwań co najmniej raz musiałem przechodzić w minimalnej odległości od lampionu. Niestety go nie znalazłem. Nawet podpowiedź Kasi Karpy, na którą natknąłem się podczas poszukiwań, nie dała mi absolutnie nic. Nie znalazłem punktu. Do tego zgubiłem gdzieś Lecha. Do dupy. Stwierdziłem, że nie będę tracił więcej czasu – uznałem, że zaliczę wszystkie pozostałe punkty i wrócę z trzynastoma na metę. Trudno.

Kolejny błąd. Bufet. To znaczy nie to, że bufet był błędem, bo dobrze, że był. Błędem było to, że spędziłem na nim dobre 10 minut. Bo pomarańcze, bo arbuzy, bo woda… Matkoboskoregeneracyjno, jakie to wszystko było pyszne! Tak pyszne, że się rozleniwiłem nieco i zamiast od razu przerysować położenie PK1 z małej mapy (na punkcie był wycinek mapy BnO i należało przenieść PK1 z tej mapy na swoją), to zrobiłem sobie relaksik. W końcu jednak się opamiętałem i poleciałem dalej. Najpierw zgarnąłem PK6, a potem śmignąłem do PK1. W międzyczasie po raz trzeci zostałem zaatakowany przez burzę i ulewę. Punkty odnalazłem bez problemu. Problemem zaczął być czas. Kiedy ponownie zbliżałem się do bufetu i kiedy zostały mi trzy PK do końca, jednakże położone po całej długości mapy, zacząłem wątpić, czy uda mi się zmieścić w czasie, zaliczając je wszystkie.

Łojezusie, moje stopy! Łojezusie, jeszcze tyle kilometrów! Łojezusie, jak pada! Łojezusie, mam za mało czasu!!! Łoooojezusie! Jak to możliwe, że rok temu pokonałem pięćdziesiątaka w nieco ponad 6,5 godziny i miałem kupę siły, a teraz nie jestem w stanie porządnie ogarnąć tematu w limicie 8 godzin? Biegnę i tęsknię za swoją formą sprzed roku. Biegnę i zastanawiam się, ile czasu stracę na szukaniu PK4. Biegnę i zastanawiam się czy uda mi się zebrać jeszcze choć jeden punkt po drodze bez strachu, że nie zdążę pojawić się na mecie w 8 godzin. Tyle myśli i tyle kilometrów jeszcze. I mniej niż dwie godziny do końca limitu. Trzeba się spiąć w sobie, panie Kargol! Tak być nie może! Koncentracja – level up!

PK4 zapowiadał się dość ciężko. W środku lasu na jakiejś polance, mnóstwo ścieżek na mapie, a rozjaśnienie punktu spejalnie nie pomagające. Okazało się, że wszystko poszło łatwiej i szybciej, niż się spodziewałem. Punkt odnalazłem niemalże z marszu – w odpowiednim momencie zboczyłem ze ściechy, wbiłem się na polanę, podbiłem PK i pobiegłem dalej w bój. A bój zapowiadał się srogo – ciągłe liczenie czasu i dystansu. Co mi się uda zebrać, a czego nie? Teraz aby na północny zachód. Trochę na azymut, trochę przecinkami. Po kilku kilometrach wypadam dokładnie na wysokości PK12. W tym czasie zostaje mi dokładnie 65 minut na to, żeby dotrzeć do mety. Mniej więcej 7 kilometrów. Mam słabe tempo. Przyjmuję średnie 7 min/km. To jest 49 minut. Do PK12 mam jakieś 800 metrów. To jest tam i z powrotem około 10 minut. Plus minut 5 minut na poszukiwania. Kurde, kurde, kurde! Na styk. Bardzo nas styk. Odpuszczam. Biegnę dalej. Myślę sobie, że zgarnę PK10. Trudno. Dwóch nie będę miał.

Doczłapałem się do miejsca, z którego powinienem odbić na PK10. 40 minut do zamknięcia mety. Myślę sobie: spróbuję. Wbijam się w przecinkę. Po 100 metrach solidny, długi podbieg. I gęsty, młody las na wzniesieniach po mojej lewej stronie – a gdzieś tam, za paręset metrów mam szukać punktu. Do mety jeszcze jakieś 3-4 kilometry. Nie wiem dokładnie. Dużo i niedużo. Co mam kurde robić??? Myślę, myślę i daję ciała. Odpuszczam. Wracam na szlak i truchtam do mety. Im bardziej oddalam się od punktu, tym bardziej zastanawiam się „co by było gdyby”. Czy gdybym dłużej poszukał PK9, to bym go znalazł? Czy gdybym szybko pobiegł do PK12, to bym zdążył go złapać? A może gdybym wspiął się na to wzniesienie przy PK10, to zdążyłbym dobiec do mety?

Jak zwykle – mogło być lepiej

Pewnie bym zdążył. Na mecie miałem jeszcze 19 minut zapasu. Dużo. Dużo za dużo. 11/14 punktów zgarniętych. Mało. Dużo za mało. Znak jasny, że gdzieś na trasie zjebałem. Dokładnie trzykrotnie. Nie wiem, ile dostanę punktów do klasyfikacji pucharowej, ale będzie to śmiesznie mała ilość. Muszę się wziąć za siebie, bo z taką formą, to ciężko będzie zająć miejsce w pierwszej dwudziestce na koniec sezonu, a co dopiero zbliżyć się jak najbardziej do 10 miejsca. Za tydzień Szaga. Zapewne tradycyjnie bardzo szybka trasa i cholernie mocna obsada. Znów będzie ciężko o cokolwiek. Ale znów powalczę tyle, ile będę w stanie. Rzekłem. A dla zainteresowanych cały track z biegu – KLIK.

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Bike Orient 2014 – Jura Wieluńska. Relacja.

  1. Leszek Deska napisał(a):

    Fajnie się czyta te relacje, ale osiem godzin biegu po wertepach to musi być masakra 🙂 muszę kiedyś spróbować 🙂

  2. drproctor napisał(a):

    Tak się zastanawiam – a ci rowerzyści to też przez te krzczory na szagę?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *