Biegowy test warszawskich lodziarni

Autor: • 27 lipca 2015 • #nbrteam, Asfaltowo, Blog, Inne, TreningKomentarzy (1)1926

Trochę mnie tu nie było. Sam się sobie dziwię, bo i biegowo przez ostatni miesiąc co nieco się wydarzyło. Między innymi to, że pojawiła się nowa życiówka na pięć kilometrów. Dla mnie, czyli dla kogoś, kto woli biec długo i wolno, wynik 19:24 jest superfajną sprawą i jest mi z nim bardzo dobrze. Działo się też to, że wystartowałem sobie w zawodach z cyklu PMnO, których jednak nie ukończyłem, bo zgubiłem kartę startową gdzieś w połowie drogi.

Coś jednak sprawiało, że musiałem odpocząć od pisania. Aktywność na fejsbuczku i instagramie jakaś była, ale ciężko mi było przelać cokolwiek na klawiaturę. Dopiero wczoraj poczułem, że korek został wyjęty. Blokada puściła. Spędziłem świetne treningowe 3,5 godziny, które dało mi mnóstwo radości.

Wielki test warszawskich lodziarni

Kiedy tydzień temu, po lataniu po Kampinosie z Pawłem, Krasus zapytał, czy siedem dni później też będzie szansa na wybieganko w pĄpkinsowym towarzystwie, nie spodziewałem się, że temu treningowi przyświecać będzie wyższa idea. Okazało się, że spotkaliśmy się wczoraj nie dla samego biegania. Spotkaliśmy się, aby znaleźć najlepszą lodziarnię w Warszawie!

1. Malinova

Rozpoczęliśmy od Malinovej przy Alei Niepodległości 130. Pierwszy punkt kontrolny był oddalony od startu o jakieś 500 metrów, więc nie zdążyliśmy się dobrze rozgrzać, jak już zaczęliśmy się chłodzić. Nazwa lodziarni zobowiązywała, więc zamówiłem lody malinowe. Oceniłbym je na troszkę więcej niż poprawne. W 10-punktowej skali dostały ode mnie punktów 7. Z biegowego punktu widzenia minusem jest brak miejsc siedzących na zewnątrz i konieczność wejścia do środka, żeby złożyć zamówienie. Na plus jest możliwość płacenia kartą.

 

2. Limoni

Mała lodziarnia przy ulicy Dąbrowskiego. 1800 metrów od startu. Podobno dla wielu kultowa. Dla mnie zupełnie nie. Bardzo ciekawe smaki (koperkowy czy buraczkowy) mogą być atrakcją. Podobnie jak lody dedykowane specjalnie dla psów. Sorbet porzeczkowy, który zamówiłem, nie urwał mi dupy. Było po prostu poprawnie. Na plus są miejsca siedzące na zewnątrz, możliwość zamawiania z dworu, płatność kartą, a także – bo rzeczy przyziemne są również istotne – ogólnodostępna toaleta. 6,5/10

3. Sucré

Trzecia lodziarnia (Mokotowska 12) i czwarty kilometr biegu. Szalejemy. Tę lodziarnie znam bardzo dobrze. To chyba najczęściej odwiedzane przeze miejsce z lodami w Warszawie. Wiedziałem też od samego początku, że postawię na lody czekoladowe, jeżeli tylko będą dostępne. Były. Kupiłem. I opierdzieliłem je z ogromnym smakiem. Wyjątkowo nie musieliśmy czekać w kolejce, która niejednokrotnie sięga nawet Placu Zbawiciela. Kilkanaście metrów obok stoi fajny murek, na którym można klapnąć, celem konsumpcji buy cialis online cheap. Można płacić kartą, nie trzeba nigdzie wchodzić. Dobrze jest. 8/10.

4. Akwarium

7,7 kilometra od startu i lodziarnia nr 4 (Francuska 30). To miejsce również znałem, bo leży tuż obok świetnej ukraińskiej knajpy. W porównaniu do miejscówek, które już odwiedziliśmy, Akwarium wypadło słabo. Wszyscy pokusiliśmy się o lody pistacjowe Z Krasuem pokusiliśmy się o lody pistacjowe (Paweł wziął czekoladowe) i wszyscy byliśmy co najmniej tak samo nieusatysfakcjonowani. Minusem jest też brak możliwości płacenia kartą i horrendalnie wysoka temperatura w pomieszczeniu, w którym zamawiamy lody. Na plus spora ilość miejsc siedzących. 4,5/10.

5. Ulica Baśniowa

Po przebiegnięciu 15,5 kilometra, trafiliśmy w iście bajkowe, a w zasadzie baśniowe miejsce przy Alei Wojska Polskiego 41. Po szybkim zamówieniu i wyborze dwóch z kilkudziesięciu smaków, rozłożyliśmy się na trawie przed lokalem i chłonęliśmy wszystko. I zajebiste lody, i okoliczności przyrody, i radość z treningu. Wszystko. Sorbety mandarynkowy i grapefruitowy, które zamówiłem, urwały mi tyłek. Na to czekałem i tego szukałem! Poczułem się spełniony. Było to coś obłędnego i choć żołądki mieliśmy pełne, to miałem ochotę na jeszcze jedną porcję. Megamocne 9,5/10!

6. Jednorożec

Jak bajka, to bajka. Różowy jednorożec, z którym spotkaliśmy się po dołożeniu kolejnych 6,66 kilometrów, dopełnił dzieła spełnienia. Przy Narbutta 38 mieści się niepozorna lodziarnia Jednorożec. Jak u pani Kunickiej: niby nic, a tak to się zaczęło… Oj, zaczęło się. Kiedy w moim padkudnym ryjku rozpłynęła się pierwsza łyżeczka lodów o zagadkowym smaku „słony karmel”, wiedziałem, że walka o zwycięstwo w pĄrankingu będzie zacięta. Ukradłem od Krasusowej NKŚ kawałeczek pistacjowego specjału i umarłem z zachwytu. Jakie to wszystko jest dobre! I faktycznie, podobnie jak u Krasusa, tak i u mnie tym czymś, co decyduje o końcowym zwycięstwie Ulicy Baśniowej, jest zielona trawka przed lokalem. Jednorożec zgarnia okrągłe 9,49/10!

Podsumowanie

Nie będzie o lodach. Nie będzie o lodziarniach. Będzie patetyczne zdanie o tym, że odmóżdżenie się działa cuda. Najlepsza-narzeczona-świata przed snem zastanawiała się nad tym, o czym jej opowiedziałem: trzech ponad trzydziestoletnich facetów jara się tym, że biega po mieście i je lody w lodziarniach, pływa promem po Wiśle, a na koniec jeszcze jeden z drugim raduje się, że dostał piszczałkę do roweru i szuka dla niej imienia…

I tak, jaramy się. Cieszymy się z 22 kilometrów po Warszawie w 1:49. A jeszcze bardziej cieszymy się z tego, że w sumie zajęło nam to ponad 3 godziny. Tak, radujemy Bratem Pimpka, Pąpusiem. I jest nam z tym przekozacko! ?

Podobne wpisy

  1. Marek napisał(a):

    Świetny blog! Tak opisałeś te lodziarnie, że śmiało powinieneś sie o swoją gażę do nich zwrócić.. przynajmniej do tych ocenionych powyżej 7,5 pkt 😛 Sam chętnie odwiedzę te najlepsze 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *