Mój biegowy rok 2012. Podsumowanie.

Autor: • 29 grudnia 2012 • Blog, Inne4 komentarze2219

Do napisania poniższego tekstu zainspirowała mnie Hankaskakanka, która to popełniła obrazkowe podsumowanie roku 2012. Pomyślałem sobie, że będę blogowym chamem, prostakiem i złodziejem i ukradnę jej pomysł, samemu tworząc coś podobnego. Mam nadzieję, że Hanka się nie pogniewa (a pewnie nie, bo wszystkie Hanki to fajne dziewczyny). Tak czy siak cieszę się, że udało mi się coś takiego napisać. Cieszę się, że miałem o czym pisać. Cieszę się, że podczas pisania o tym wszystkim, mogłem choć w części poczuć emocje, które towarzyszyły mi każdego miesiąca tego roku. Mam nadzieję, że w przyszłym roku tych emocji również nie zabraknie. Zapraszam do lektury 🙂

STYCZEŃ. W styczniu się wszystko zaczęło. Wszystko, czyli to miejsce i ten blog. Na początku niewinna zabawa tylko dla siebie, a później fajny, szybki rozwój. Cieszę się, że ktoś czyta moje wypociny. Cieszę się, że dla kogoś bywam mniejszą lub większą inspiracją i motywatorem. Cieszę się, że z miesiąca na miesiąc zainteresowanie tym miejscem w sieci rośnie. Jestem niezwykle ciekaw tego, do czego mnie to wszystko doprowadzi.

LUTY. To właśnie w lutym podjąłem decyzję o starcie w Biegu Siedmiu Dolin. To właśnie początek lutego był przełomowym okresem nie tylko w tym roku, ale też chyba w całym moim biegowym życiu. Z dnia na dzień zdecydowałem, że chciałbym stać się ultramaratończykiem. Z dnia na dzień zarejestrowałem się i opłaciłem dwa biegi o których nawet bałem się myśleć – Bieg Rzeźnika i Bieg Siedmiu Dolin. Byłem na życiowym zakręcie i żeby z niego nie wypaść, musiałem zrobić bliżej nieokreślone coś. Jak się okazało tym czymś, co pozwoliło mi złapać przyczepność i wrócić na właściwe tory, była powyższa decyzja.

MARZEC. Pod względem biegowym miesiąc fantastyczny. Najpierw wizyta w Bochni na VIII 12-godzinnym Podziemnym Biegu Sztafetowym. Absolutnie fantastyczna impreza, absolutnie fantastyczny klimat i cholernie mocno mi żal, że w 2013 roku tam nie pojadę (jestem pewien, że Wojtek Staszewski zrypałby mnie za taki pomysł, dlatego nawet mu o tym nie mówię). Dwa tygodnie po wizycie w Bochni znalazłem się w Kołobrzegu na Biegu Zaślubin. To jest jeden z moich ulubionych biegów i również żałuję, że w 2013 r. do Kolobrzegu nie pojadę (wybrałem startującą dzień wcześniej Maniacką Dziesiątkę). Nad morzem wywalczyłem nową życiówkę na 15 kilometrów, a sam bieg wyszedł mi fantastycznie. Na koniec marca pojawiłem się również w Warszawie na Półmaratonie Warszawskim. Nie startowałem jednak dla wyniku. Z wielką radością i wielką dumą prowadziłem grupę na 2:00. W roku 2013 znów mnie ten zaszczyt kopnie. I znów zedrę sobie gardło.

KWIECIEŃ. Kwiecień plecień, bo przeplata, raz życiówka, raz poracha. Życiówka (na tamten czas) w Poznaniu podczas półmaratonu. Do 11 kilometra bieg z zającami na 1:40. Na mecie zabrakło mi 20 sekund, żeby złamać 1:35. Niesamowita sprawa wyprzedzać w takim tempie takie ilości biegaczy. Po poznańskim sukcesie przyszła dębieńska porażka. Maraton w Dębnie miał być dniem triumfu, a okazał się największym failem, jakiego doświadczyłem. Rzyganie na 32 kilometrze przekreśliło szanse na sensowny wynik. 3:45:01 na mecie boli mnie do dzisiaj.

MAJ. Na tyle na ile mogłem zapomniałem o porażce w Dębnie i skupiłem się na przygotowaniach do wrześniowego ultramaratonu. Jednym z elementów tych przygotowań był debiut w biegu na orientację. 50 kilometrów po Rudawach Janowickich czyli start w Rudawskiej Wyrypie. Dzięki towarzystwu i pomocy Bormana udało nam się dolecieć na 14. miejscu, co ciągle traktuję jako spory sukces. Pod koniec maja znów przyszedł czas na życiówkę. Tym razem na 10 kilometrów w ramach startu w Wolsztyńskiej Dziesiątce. 42:11 było dla mnie wynikiem dość zaskakującym, niemniej jednak dającym sporo radości.

CZERWIEC. Ten miesiąc rozpocząłem z wysokiego C, bo od życiówki w półmaratonie. Start w Półmaratonie Gochów w Bytowie był startem dość przypadkowym, a mimo tego i mimo trudnej, pagórkowatej trasy udało mi się nabiegać 1:34:03. Nie mogę się doczekać, kiedy znów poczuję taką lekkość w szybkim biegu. Kilka dni po Bytowie zjawiłem się w Bieszczadach. Bieg Rzeźnika. Jedno z wrażeń biegowych, jakich nie pozwoliłbym odebrać sobie za żadną cenę. 77 kilometrów napierniczania z Komańczy do Ustrzyków Górnych. Trafiłem na fantastycznego partnera, dzięki czemu mimo zmęczenia i bólu (szczególnie silnego na ostatnim odcinku) dotarliśmy do mety jako 67 ekipa na 234, które bieg ukończyły. Zaliczyłem swoje pierwsze ultra. I wiedziałem, że chcę więcej. Wiedziałem, że Bieg Siedmiu Dolin jest w moim zasięgu.

LIPIEC. Po regeneracji po Rzeźniku trzeba było wziąć się do roboty. Treningi, treningi i jeszcze raz treningi. Dawałem sobie w kość i nie oszczędzałem się w żaden sposób. Podbiegi i spokojne wybiegania śniły mi się po nocach. Ale podobało mi się moje zaangażowanie. W ramach przygotowań do B7D pojechałem w Kotlinę Kłodzką. Maraton Gór Stołowych był kolejnym startem, który miał mnie nauczyć biegania po górach. I nauczył, owszem. Ale też zmęczył jak jasna cholera. Napisałem w relacji, że po 35 kilometrach MGS byłem bardziej wytytłany z sił, niż po całym Biegu Rzeźnika. Co nie zmienia faktu, że jeszcze kiedyś z ogromną przyjemnością wrócę do Pasterki.

SIERPIEŃ. Kolejny miesiąc, który wspominam niezwykle ciepło. Razem z moim zacnym kolegą, Sewerynem, ruszyliśmy na tydzień do Szklarskiej Poręby, gdzie zorganizowaliśmy sobie minizgrupowanie. Kilka dni rekreacyjnego biegania po górach zwieńczyliśmy startem w Maratonie Karkonoskim. Kolejny bieg z którego jestem dumny (o ile może być mowa o dumie, kiedy zajmuje się 139 miejsce), bo od półmetka, czyli od szczytu Śnieżki, wyprzedziłem blisko setkę zawodników, a ostatnie kilometry pokonywałem w tempie szybszym, niż 5 min/km. Pięknie było. Równie pięknie było trzy tygodnie później podczas Izerskiej Wielkiej Wyrypy. Kolejny start w BnO. Tym razem samodzielny. Jednocześnie udział w Mistrzostwach Polski na dystansie 50 kilometrów. 9,5 godziny napierania, jedna wtopa nawigacyjna, źle wybrany wariant zaliczania punktów i w rezultacie 24. miejsce. Zadowolenie z lekkim niedosytem.

WRZESIEŃ. Co tu dużo gadać. Bieg Siedmiu Dolin. 100 kilometrów po górach. Perfekcyjnie rozegrany bieg od startu do mety. Bez ścian, bez kryzysów odcinających prąd. Dwie fale euforii biegacza. Pierwsza zaraz po półmetku, kiedy to z bliżej nieznanych powodów napłynęły mi łzy do oczu. Widziałem już siebie na mecie, wierzyłem, że to się uda. I tak wyszło. Druga trwała długo. Zaczęła się na 92. kilometrze, kiedy to do mety było już tylko z górki. Skończyła się minutę po przekroczeniu linii mety, kiedy udało mi się opanować łzy. Stałem się ultramaratończykiem… A pod koniec września ponownie odwiedziłem Warszawę i ponownie stałem się pacemakerem. I Bohaterem Narodowego. Miałem pod opieką (podobnie jak rok wcześniej) grupę na czas 4:30. Znów zdarłem sobie gardło. Znów pół Warszawy słyszało, że jest MOC, SIŁA i RADOŚĆ! Mniam.

PAŹDZIERNIK. Z racji pobytu na Pomorzu wymyśliłem sobie start w jeszcze jednym BnO. Tak na zakończenie sezonu. Jesienny Tułacz w Kościerzynie. I wystartowałem, ale nie ukończyłem. Zszedłem z trasy gdzieś w 2/3 zawodów. Zwyczajnie mi się już nie chciało. W środku ciemnego, zimnego lasu poczułem bardzo mocno zmęczenie całym sezonem. I zrezygnowałem, czego wcale nie żałuję. Truchtając ponad 10 kilometrów do bazy zawodów już odpoczywałem. Już byłem na trzytygodniowym roztrenowaniu.

LISTOPAD. Czas rozpoczęcia nowego sezonu. Czas startu nowej misji. Misji: Paryż. Misji, za którą (poniekąd) odpowiada Wojtek Staszewski i jego Kancelaria Sportowa. Nawiązaliśmy niewielką współpracę i nić biegowego porozumienia, dzięki czemu to właśnie Wojtek układa plan treningowy dzięki któremu, w kwietniu 2013 r. w Paryżu zrobię to, czego nie udało mi się zrobić w Dębnie w kończącym się roku. Cel minimum: 3:29:59. Co z tego wyjdzie? Czas pokaże.

GRUDZIEŃ. Czas układania planów startowych na nowy rok. Zdecydowałem, że w pewien sposób powielę to, co wydarzyło się w tym roku. Maraton na wynik wiosną. Po nim rozpoczęcie przygotowań do jesiennego ultra. Znów będzie to Bieg Siedmiu Dolin. W międzyczasie m.in. Bieg Rzeźnika i (mam nadzieję) Maraton Karkonoski. Jednak celem numer 1 okres kwiecień-listopad 2013 są starty w Pucharze Polski w Pieszych Maratonach na Orientację i zajęcie w końcowej klasyfikacji biegów na 50 kilometrów miejsca maks. 25-go. Tak sobie postanowiłem.

Garść informacji dla statystyków: niestety nie uda mi się przekroczyć bariery 3000 przebiegniętych kilometrów w 2012 roku. Wliczając w to dwa treningi z trwającego weekendu zamknę rok wynikiem ~2940 kilometrów podczas pokonywania których spaliłem ponad 244 tysiące kcal. A poniżej krótka galeria dokumentująca to, o czym mowa powyżej.

[nggallery id=1]


* * *

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Żadnej kontuzji, masy życiówek, setek i tysięcy kilometrów pokonanych bez grymasu bólu, a przede wszystkim mnóstwa radości z biegania i kupy uśmiechu na biegowych trasach życzę Wam ja!:)

 

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na Mój biegowy rok 2012. Podsumowanie.

  1. borman napisał(a):

    Maniuś,
    Tobie, również, w Nowym Rocku wszystkiego życiówkowego, megabiegowego, ekstratreningowego i zerokontuzjowego!

  2. Ewa napisał(a):

    Wszystkiego dobrego biegowo i wszelako! Robisz niesamowite rzeczy, a jesteś „taki, kurde, zwykły”, że zacytuję 😉

  3. Emilia napisał(a):

    Ha ha, jak zobaczyłam obrazkowe podsumowanie Hanki dokładnie tak samo pomyślałam sobie, że będę chamem, prostakiem i złodziejką i takie zrobię. Ale w końcu zapomniałam 🙂

    Miałeś bardzo intensywny, ciekawy, rozwijający rok. Powodzenia w kolejnym!

  4. hankaskakanka napisał(a):

    Nie pogniewam się 🙂 Zwłaszcza po zobaczeniu zdjęcia z naleśnikami z Chatki Górzystów 😉 Niech Ci się dobrze biega w 2013 roku i każdym następnym!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *