Bajka o Misiach

Autor: • 21 grudnia 2016 • Blog, Inne, TreningKomentarzy (0)3420

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i jakieś 25 kilometrów od Warszawy żyły sobie misie. O istnieniu misiów wiedzieli nieliczni. Pojawiały się w najmniej spodziewanych miejscach i sytuacjach, powodując różne zdarzenia – lub też sprawiając, że pewne rzeczy miejsca nie miały.

Był sobie na przykład taki Miś-Nudziś. Spotkałem go wczesnym latem tego roku. Wiosną pobiegałem to, co miałem pobiegać – był hiperudany półmaraton w Gdyni, był jeszcze bardziej udany Harpagan, był nieudany Bieg Rzeźnika i bardzo udany Cortina Trail – i wówczas pojawił się on. Miś-Nudziś powiedział: „Ej, a czy to bieganie Ci się trochę nie nudzi?”. I ja mu uwierzyłem. Kolejnych kilkanaście tygodni biegałem tylko po to, żeby nie zgnuśnieć i żeby nie stracić aż tak bardzo formy. I żeby nie było wstydu przed kolegami. Nie było rozwoju, nie było konkretnego planu treningowego. Niby majaczyły na horyzoncie jesienna odsłona Harpagana oraz Łemkowyna Ultra Trail (na którą w końcu nie pojechałem), ale i tak nic z tego nie wyszło. Miś-Nudziś był górą. Myślałem, że od razu trafiłem na najwredniejszego misia. Myliłem się jednak, bo jesienią pojawił się…

Miś-Niechcemiś. Bydlak, porwał mnie na ponad miesiąc. Futrzasty sukinkot, powiedział mi: „Rj, chłopie, a może roztrenowanie takie krótkie byś zrobił?”. Byłem akurat po jesiennym Harpaganie i stwierdziłem, że ma rację. Ale nie wiedziałem, że dwa tygodnie niebiegania mogą się przeciągnąć do tygodni prawie pięciu. Tak, Miś-Niechcemiś zawładnął mną od połowy października do niemalże końca listopada. Z jednej strony to było bardzo fajne uczucie – nie biegać. Ale z drugiej bolało mnie serce, bo wiedziałem, jak bardzo trudno będzie wrócić do takiej formy, jaką miałem na początku roku (to wydawało mi się wręcz niemożliwe). Unikajcie Misia-Niechcemisia.

Na szczęście w tej opowieści jest też trzeci miś. Miś-Nakurwiś. Ten miś pojawia się znienacka, najczęściej za sprawą jakiegoś impulsu, czasem przypadku, delikatnego zrządzenia losu. Dla mnie takim momentem była chwila, w której powiedziałem Magdzie, że „Ojej, były zapisy na Lavaredo, ale przepadły, lecz to i tak mała strata, bo przecież w marcu będzie Hanka, więc i tak bym na trzy dni w czerwcu raczej jeszcze nie mógł pojechać”. I na to moja cudowna narzeczona przekazała mi wiadomość od Misia-Nakurwisia: „Zapisz się na Cortinę. Zostawimy Hankę i jedziemy do Włoch. A Ty musisz mieć jakiś cel i przebiegniesz tę Cortinę szybciej niż w tym roku”. Zrobiło to na mnie wrażenie. Miś-Nakurwiś objawił się przede mną tak, jak sto lat temu Matka Boska w Fatimie. Tego potrzebowałem. Tego bodźca i impulsu do działania.

Obecność Misia-Nakurwisia sprawiła, że pojawił się miś numer cztery – Miś-Planiś. On jeszcze jest nieco na uboczu, bo na początku marca urodzimy Hannę i to ona będzie pełniła obowiązki głównego planisty. Miś-Planiś jednak nieśmiało nakreśla różne wersje wydarzeń, startów i wyjazdów biegowych, biorąc pod uwagę powiększoną wersję rodziny. Wspomina o półmaratonie w Wiązownej i ataku na życiówkę, wspomina o wyjazdach na biegi na orientację w ramach Pucharu Polski i przywiezieniu jakichś miejsc na podium (i Mazury, i Karkonosze, i nad Morze, i w okolicach Warszawy). Przede wszystkim wspomina o kilkudniowym wyjeździe w Dolomity i ukończeniu Cortina Trail w 6,5 godziny. Wspomina też o wrześniowym Festiwalu Biegowym w Krynicy i powrocie po pięciu latach na trasę Biegu Siedmiu Dolin

Te misie mają potomka. Potomka, który w tym wszystkim jest dla mnie najważniejszy. Który wyznacza i określa priorytety, który sprawia, że nie boli mnie przełożony trening, niezrealizowany wyjazd na zawody, czy odpuszczenie jednego biegu w imię drugiego lub w imię spraw znacznie ważniejszych (z czym od marca na pewno będę musiał żyć i co będę musiał przez czas jakiś bez zająknięcia akceptować). To Misiątko-Dystansiątko. Ono sprawia, że patrzę na to wszystko z odpowiedniej odległości. To dzięki niemu ze spokojem patrzę na czas od marca przyszłego roku. To Misiątko-Dystansiątko mówi mi, żeby zachować dystans i że przy odrobinie chęci, poświęcenia, czasem szczęścia i zaangażowania, wszystko da się poskładać tak, że będzie hulać jak dobrze naoliwiony mechanizm.

Ja mu wierzę.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *