Accreo Ekiden 2014. Relacja.

Autor: • 13 maja 2014 • Asfaltowo, Blog, Relacje5 komentarzy2570

Pomysł na to, aby przyjechać do Warszawy narodził się bardzo spontanicznie. Ekipa „Szybkich Blogaczy” była skompletowana w 99%. Brakowało jednej osoby, któraby dopełniła dzieła zniszczenia. Ja o tym nie wiedziałem. Przespałem totalnie temat Ekidena. Na szczęście w porę się obudziłem i rzutem na taśmę zgłosiłem siebie, jako ostatniego szybkiego Blogacza do drużyny. Drużyny, której priorytetem było złamanie 3 godzin. Już na wstępie dodam, że sam mój przyjazd wyglądał tak, że wstałem o 2:30 nad ranem, przejechałem samochodem 120 kilometrów, potem 300 kilometrów pociągiem, w Warszawie byłem o 9 rano, pobiegałem i o 18 wsiadłem do pociągu powrotnego, aby o 21:30 usiąść w swoim samochodzie, skutkiem czego był powrót do domu około północy. Człowiek to jest jednak popieprzony 🙂

Sztafeta Ekiden, to specyficzny rodzaj wyścigu drużynowego. Sześcioro zawodników pokonuje w sumie dystans maratonu. Pierwszy zawodnik w sztafecie ma do przebiegnięcia 7,195m. Drugi i trzeci po 10 kilometrów. Trzej ostatni natomiast biegną po 5 kilometrów. W sumie daje to 42,195m. Biegający blogerzy wystawili na te zawody dwie ekipy. Wspomnianych już „Szybkich” oraz „Wściekłych”. Składy prezentowały się następująco:

WŚCIEKLI:

SZYBCY:

Skład „szybkich” był tak silny, jak nowy Ibuprom z akceleratorem, bulbulatorem i przyczłapką do żętylka na wałkach midręgi do niego. Czułem w kościach, że trójeczka może pęknąć – to było bardzo realne.

Punktualnie o 14 starter wystrzelił, a około dwustu zawodników ruszyło na pierwszą zmianę. Wśród nich ja. Dawno nie biegłem 7 kilometrów w trzecim zakresie. Wiedziałem jednak, że muszę nakurwiać od samego początku, bo inaczej będzie wstyd, dramat, szok, niedowierzanie i kompromitacja. Tuż przed startem powiedziałem do Leszka, że za pół godziny będzie mnie zmieniał. Czydzieści minut. Czyli troszeczkę ponad 4 minuty na kilometr. Nie ma co, postawiłem sobie poprzeczkę dość wysoko. Tymbardziej, że nie pamiętam zbytnio co to są interwały, tysiączki i inne tempowe historie.


Trzeba było jednak biec. Biegłem więc, rozsądnie ustalając tempo. Rozsądnie, to znaczy, że po płaskim biegłem po 4:10/km, z górki po 3:40/km, a na podbiegach odpoczywałem. Jako że podbiegi były tylko dwa, to czasu na odpoczynek nie było zbyt wiele. W zasadzie, to odpoczynku za wiele nie potrzebowałem. Pierwsze okrążenie weszło jak w masełko. Szybko przedostałem się na czoło stawki (~20 miejsce na 200 osób, to jest czoło, nie?) i tam się trzymałem. Intuicja podpowiadała mi, że coniektórzy przede mną spuchną gdzieś po drodze. Miałem rację – na drugim okrążeniu zacząłem wyprzedzać tych, którzy jeszcze niedawno trzymali tempo równe mojemu. Jeden, drugi, trzeci. Dobrze jest. Drugie okrążenie za mną, tłumy szaleją, reszta Blogaczy drzre mordki na poboczu – kuuuuuuuuurczę, nie mogę zawieść towarzystwa. Ostatnie 2,5 kilometra przede mną. Nogi coraz cięższe, oddech coraz płytszy, po podbiegach brakuje rześkości. Ale nakurwiam. Finisz zacząłem kilometr przed metą. połowa tego odcinka była z górki, więc mogłem sobie na to pozwolić. Kolejni zawodnicy wyprzedzeni. Nie reagują, nie ma kontrataku. Pędzę przed siebie. Wchodzę w szósty zakres – żołądek skręcony w supełek, to jest bieg do porzygu! Na 100 metrów przed strefą zmian ściągam szarfę, szukam wzrokiem Leszka. Oto i on! Deska do boju! Szarfa przekazana. 7,195 w 30:03. Dobra robota, synu…

A potem przyszedł czas na pozostałych. Leszek poleciał w 44:37. Przewaga zamieniła się w stratę. Po Leszku startował Krasus. Wszyscy byli spokojni, bo to przecież Krasus. I faktycznie – 38:49. Jest dobrze. Następnie przyszło 20:57 Wojtka i trójeczka była na wyciągnięcie ręki. Dzieła dopełnili Hania (22:22) i Przemek 22:34. Tym sposobem wszyscy obecni na Kępie Potockiej w Warszawie mogli zobaczyć fenomenalny wynik najszybszej ekipy Blogaczy…

To była moja pierwsza wizyta na Ekidenie i stwierdzam, że żałuję, że w poprzednich latach nie wspomagałem moich piśmiennych sióstr i braci. Naprawdę bardzo fajna impreza. I nawet to, że zamiast pałeczki była szarfa nie przeszkadzało mi w żaden sposób – znalazłem patent na zaplątanie jej tak, żeby się nie majtała.

Na sam koniec zostawiam najlepsze: podziękowania dla Kasi. To, w jaki sposób jedna osoba zorganizowała starty dwóch ekip, a do tego przyodziała nas w fantastyczne koszulki Brubecka (czuję, że to będzie mój ulubiony startowy outfit), jest czymś niesamowitym. Katarzyno, dziękujemy!

Podobne wpisy

5 Odpowiedzi na Accreo Ekiden 2014. Relacja.

  1. Leszek Deska napisał(a):

    No tak, było super 🙂 Następną razą musisz też koniecznie przyjechać. Tak naprawdę to była głównie twoja zasługa że się udało. Jak się wydarłeś z okna na Przemka to od razu przyspieszył i dzięki temu się udało ;)))

  2. drproctor napisał(a):

    Kolejna relacja, czyli kopiuj wklej: Szkoda, że mnie tam z Wami nie było. Piśmiennymi braćmi i siostrzmi… tzn. siostrmi… siostrami. No! To widzimy się na ekidenie w Poznaniu.

  3. gabrysia napisał(a):

    świetna relacja:)gratulacje

  4. […] ze sposobów jest zaufanie Blog@czom! Wiosną tego roku mieliśmy przyjemność wystartować w sztafecie Ekiden w Warszawie. Firma Brubeck postanowiła ubrać nas jednolicie i wyposażyła nas w koszulki. Na […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *