9. Półmaraton Warszawski. Relacja.

Autor: • 31 marca 2014 • Asfaltowo, Blog, Relacje5 komentarzy2748

Kiedy trzy lata temu stałem na starcie maratonu w Barcelonie, a dookoła mnie było kilkanaście tysięcy osób, pomyślałem sobie „o, kurwa!” „ciekawe kiedy tak będzie w Polsce?”. Tłum na każdym kilometrze, entuzjastycznie nastawieni kibice i atmosfera wielkiego, biegowego święta. Jak się okazało, wystarczyło poczekać kilka lat. Wielki, wzniesiony na najwyższy poziom biegowy świat zawitał nad Wisłę i jestem pewien, że już nie zniknie.

Warszawa da się lubić

Rok temu w dzień startu na dwie godziny przed biegiem padał śnieg. Podczas biegu temperatura wynosiła jakieś -5 stopni, a ja – jak i 90% zawodników – miałem na sobie trzy lub cztery warstwy ubrań. Tegoroczna łagodna zima sprawiła, że chyba nikt nie obawiał się powtórki z rozrywki. Jak się okazało pogoda była nadzwyczaj łaskawa. Na termometrach było ze 20 stopni więcej, niż ostatnim razem. Nad głowami mieliśmy cholernie błękitne niebo oraz cholernie przyjemne słońce. Na kilku kilometrach nasze twarze owiewał cholernie delikatny wiatr. Wszystko było cholernie perfekcyjne.

Centrum dowodzenia i wszystkie atrakcje związane z półmaratonem, mieściły się na i w okolicach Stadionu Narodowego. W mojej skromnej opinii jest to doskonałe miejsce na tego typu przedsięwzięcia. W niedzielę biało-czerwone barwy tego obiektu świetnie komponowały się z kolorowym miszmaszem, stworzonym przez ponad 11 tysięcy zawodników.

Miałem to szczęście, że wśród tych ludzi byłem i ja. Oczywiście w Warszawie pojawiłem się jako zając. Równie oczywiste jest to, że po raz kolejny prowadziłem grupę, która miała ambitny cel połamania dwóch godzin. Mimo, że pacemakerem byłem po raz siódmy, to towarzyszyło mi takie uczucie, jak za pierwszym czy drugim razem. Ekscytacja, odpowiedzialność i skumulowana ogromna ilość funu. Siła, moc i radość w pigułce. Tradycyjnie wszystko to eksplodowało zaraz po starcie.

Ale zanim wystartowaliśmy, to poświęciłem dobre pół godziny na odpowiadanie na dziesiątki pytań lub też po prostu na opowiadaniu różnych przydatnych historii. W strefie startu nagadałem się chyba więcej, niż podczas całego biegu. Bo podczas biegu, to głównie krzyczałem. Zresztą nie tylko ja – towarzystwo za moimi plecami, a utrzymywane w ryzach przez pozostałych zająców – Martę, Asię, Łukasza i Zbyszka – krzyczało równie głośno. A może i głośniej ode mnie.

Rekord świata

Kiedy ludzie krzyczą, wiem, że mają siłę. Kiedy słyszę za plecami, że głos wydzierający się z ich trzewi jest mocny i silny, wiem, że mogę trzymać tempo albo co nieco podkręcać delikatnie. Kiedy jednak krzyczących jest coraz mniej, kiedy milkną rozmowy, kiedy już nie słychać śmichów i chichów wiem, że – cytując klasyka – coś się dzieje. Wtedy trzeba zacząć działać. Pomijam już tak oczywiste rzeczy, jak ewentualne dostosowanie tempa. Trzeba zacząć działać tak, żeby ci ludzie przestali myśleć o tym, jak bardzo ich boli; żeby przestali myśleć o tym, jak bardzo pieką ich płuca. Nie mam na to żadnej recepty. Raz wysyłam wsparcie grupowe, a raz wyłączam myślenie indywidualnie.

Agrykola. 15,5 kilometra w nogach. I 400 metrów pod górkę. Mamy około 15 sekund zapasu. Wiem, że to za mało. Pierwsze dwa kilometry były za wolne. Niestety tłum nie pozwalał na wbicie się od razu w zakładane tempo. Później musiałem urywać te sekundy w sposób bardzo delikatny i przemyślany. Nie chciałem nikogo stracić po drodze. Zaczynamy podbieg. Zwalniam, bo to jedyne wyjście, żeby grupa przetrwała. Patrzę na tempo, patrzę na czas, patrzę na szczyt podbiegu. Wiem, że będziemy w plecy z czasem. Nie mówię o tym nikomu, bo i po co. Mówię natomiast co trzeba robić z rękami przy podbieganiu. Mówię, jakie kroki stawiać. Mówię, że później będzie już z górki. Mówię w zasadzie tylko ja. Słyszę dookoła coraz szybsze i coraz płytsze oddechy. Myślę sobie, ile tych ludzi musi to kosztować wysiłku. Zaczynam odczuwać ich zmęczenie – nie fizycznie, ale gdzieś w człowieku. W jednej chwili jest mi ich żal, ale w kolejnej myślę sobie o tym, co będą czuć na szczycie; myślę o tym, co poczują, kiedy będą mieli za sobą najgorsze, a do mety tylko 5 kilometrów z czego większość z górki. Nakręcam się. I nakręcam towarzystwo. Wpadamy na szczyt Agrykoli. Przetrwaliśmy. 10 sekund straty do czasu netto – to tyle co nic! Grupa dochodzi do siebie, łapiemy rytm! Mam wrażenie, że zaczynamy ostro pędzić, a przecież utrzymuję tempo w okolicach 5:37/km! Jest palma! Ostatni pić-stop. Widzę wielki chaos na trasie. Widzę też wielki chaos w oczach niektórych zawodników. Oni mają to samo w swoich głowach. Ale muszą dać radę! Zbiegamy z Mostu Poniatowskiego. 2 kilometry do końca. Zabraniam finiszować – uświadamiam ich, że to wcale nie jest blisko – to przecież dobre 10 minut biegu! Stacja Warszawa Stadion. Powoli zaczynam wyganiać co najmocniejszych. Niech urwą jak najwięcej! Wbiegamy na błonia stadionu. Rzesza kibiców po obu stronach barierek działa jak dopalacze kupione w bocznej uliczce. Nie mam już na nic wpływu. Widzę jak ludzie, który biegli w najlepszej grupie świata wbiegają na metę przed najlepszymi zającami świata (a co!).

I pomimo, że jakiśtam Kenijczyk pobił rekord trasy, to i tak najważniejsze jest to, że w minioną niedzielę padło co najmniej kilka tysięcy rekordów świata. Takich małych, indywiduwalnych, ale najważniejszych.

Podobne wpisy

5 Odpowiedzi na 9. Półmaraton Warszawski. Relacja.

  1. Joniu napisał(a):

    Gratuluje biegu! Fajny wpis!
    Chcialem sie przywitac przed startem ale byłeś otoczony taaaaakim „wianuszkiem”, że go nie sforsowałem:)

  2. Ava napisał(a):

    O rany, jesteś perfekcyjnym zającem. Serio! Chciałabym móc biec za Tobą w Rotterdamie za 2 tygodnie 🙂 Super relacja i brawo za takie prowadzenie grupy!

  3. lilka napisał(a):

    świetny bieg:) Gratulacje:D

  4. Pecado napisał(a):

    Jak zawsze fajnie sie czytało. Szczególnie przyjemnie czyta sie kiedy zając czuje odpowiedzialność za swoja grupę, że mu na niej zależy. Nie biegnie jak maszyna z zegarkiem w reku tylko pilnując tempa, ale pijnuje swoich owieczek jak pasterz, nie chcąc starcic ani jednej. Tak trzymaj !
    Przy okazji, zające biegaja w negative split ? Czy raczej trzymają jednostajne tempo ?

  5. Karola Franieczek napisał(a):

    Wspaniale to wszystko opisałeś. Jak już kiedyś wystartuję w połówce, to chciałaby trafić na takiego Zająca, jak Ty. To musi być cudowne uczucie, móc wygrać ze sobą, ze słabością i na koniec cieszyć się razem z grupą. Póki co dzielnie sobie truchtam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *