8. Półmaraton Warszawski. Relacja.

Autor: • 25 marca 2013 • Asfaltowo, Blog, Relacje14 komentarzy3665

Jako biegacz w Warszawie po raz pierwszy pojawiłem się jesienią 2011 roku. Wspólnie z Pawłem Pakułą prowadziłem wówczas grupę w 33. Maratonie Warszawskim na wynik 4:30. Kilka miesięcy później w tej samej roli pojawiłem się na zeszłorocznym półmaratonie, gdzie prowadziłem towarzystwo na połamanie dwóch godzin. Kolejnych kilka miesięcy później znów stanąłem na starcie na Moście Poniatowskiego i znów jako zając na czas 4:30. Kilka dni po 34. MW zaklepałem sobie miejsce w grupie na 2:00 w 8. Półmaratonie Warszawskim. Zżyłem się z tymi imprezami i z Fundacją Maraton Warszawski i starty w Warszawie z balonikami przyczepionymi do pleców, są dla mnie oczywistą oczywistością.

Formalności, przyjemności

Oczywistością natomiast nie była pogoda, jaka towarzyszyła w tym roku biegaczom. Czy to dwa lata temu jesienią, czy rok temu jesienią i wiosną zawsze zakładałem na siebie koszulkę, spodenki i byłem gotowy do biegu. Było, kurde, ciepło, przyjemnie, słonecznie. W tym roku niestety pogoda spłatała nam figla i 98% biegaczy na starcie miało na sobie co najmniej dwie warstwy ubrań, czapki i rękawiczki. Widok koksowników przy trasie też by mnie nie zdziwił.

Biuro zawodów po raz pierwszy mieściło się w Pałacu Kultury i Nauki. Odbiór pakietu startowego przebiegł sprawnie i bezboleśnie. Bolesny natomiast był widok expo, a w zasadzie tego, co próbowało udawać expo. Kilka sklepów + duże stoisko Adidasa. W moim odczuciu to za mało, jak na 13,000 uczestników biegu.

Po odebraniu pakietu, spotkaniu organizacyjnym pacemakerów i przyjemnościach związanych z integracją m.in. z Krasusem, który pełnił rolę drugiego zająca na czas 2:00, wylądowałem na hali, gdzie mogłem oddać się czynnościom, które sprawiają mi wielką przyjemność. Lubię ten moment, kiedy rozkładam karimatę i śpiwór. Kiedy wyciągam z plecaka i szykuję ubranie na kolejny dzień. Przypięcie numeru startowego, wplecenie chipa, poukładanie wszystkiego tak, żeby było przygotowane na poranek dnia kolejnego. Niby proste czynności, a pozwalają poczuć to, co będzie następnego dnia.

Dwa-zero-zero

Poranek przywitał nas padającym śniegiem. Nie wyglądało to optymistycznie. Zdecydowałem się, że zakładam na siebie 4 warstwy. Koszulka termiczna, koszulka z krótkim rękawkiem, bluza i na to koszulka zajęcza. Poniżej pasa było niewiele mnie – gacie, krótkie spodenki i na to spodnie 3/4. Łydę trzeba było pokazać (a tak naprawdę, to nie spakowałem długich spodni). Do tego opaska na uszy i rękawiczki. Idealny zestaw na wiosenny start w półmaratonie.

Przed 10 pojawiliśmy się w naszej strefie startowej. Ja na czele, za mną Marek – trzeci z zająców, a na końcu grupy Krasus. Przed startem miałem okazję poznać kupę ludzi, których dotychczas tylko czytałem, lub tych, którzy czytali mnie tutaj lub na forum bieganie.pl. Czas mijał w sielskiej atmosferze, aż tu nagle stanęliśmy tuż przed linią startu. 21,097 metrów przed nami. Średnie tempo 5:38/km. Plan na dziś: pomóc ludziom za plecami w połamaniu dwóch godzin. Go, go, go!!!

Strategię zarządziłem następującą: do 15 kilometra, gdzie czekał na nas długi i stromy podbieg, zyskujemy kilkanaście sekund przewagi nad naszym czasem docelowym. To, co zyskamy, będzie można ze spokojem tam stracić i później nie będzie potrzeby gonienia czasu, żeby zdążyć na metę. W zakładane tempo weszliśmy w zasadzie od pierwszego kilometra. Wiedziałem, że jedynymi miejscami, gdzie będę mógł delikatnie przyspieszyć będą zbiegi i długa prosta między 7 a 13 kilometrem. I tak też robiłem. Tam, gdzie było z górki, pozwalałem sobie i grupie na rozpuszczenie nóg. Poprzez „rozpuszczenie nóg” należy rozumieć to, że średnia z kilometra wynosiła 5:35/km.

Dzięki kilku takim kilometrom nazbierało się około 12-15 sekund przewagi na podbiegu pod ulicę Belwederską. Tam zwolniłem, zmobilizowałem ekipę i krok po kroku mozolnie wspinaliśmy się na szczyt. Na szczęście obyło się bez ofiar – na wypłaszczeniu za moimi plecami było tak samo ciasno, jak przed wspinaczką. Mimo, że zaraz potem mieliśmy z górki, trzymałem równe, książkowe tempo, żeby dać grupie chwilę na złapanie oddechu – niektórzy sapali jak lokomotywy, a i tak walczyli o każdy metr – wielki szacunek i czapki z głów! Niektórzy pożegnali się ze mną jeszcze przed warszawską palmą, czyli przed 18 kilometrem. Niektórzy zrobili to na Moście Poniatowskiego czyli na 19 kilometrze. A cała reszta wyprzedzała mnie powoli i stopniowo na ostatnim kilometrze na błoniach Stadionu Narodowego.

Linię mety przekroczyłem równo w czasie 2:00:00, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i – tradycyjnie – ze zdartym gardłem. Nie ma dla mnie nic bardziej mobilizującego i zachęcającego do roboty, jaką jest zającowanie, niż to, kiedy kupa ludzi za Twoimi plecami odpowiada głośnym krzykiem na mój głośny krzyk. Siła, moc i radość! Do zobaczenia we wrześniu!

Łyżka dziegciu w beczce miodu

Mimo, że Fundacja MW robi imprezy niemalże perfekcyjne, niestety nie wszystko jest różowe, landrynkowe i idealne. Z perspektywy biegacza stwierdzam, że byłbym znacznie szczęśliwszy, gdyby: było choć niewielkie pasta party; expo było znacznie bardziej rozbudowane (jak na MW na przykład); koszulka była atrakcyjniejsza (moja ma jakiś asymetrycznie naniesiony nadruk); na mecie nie czekał na nas zimny makaron i mrożone jabłka (ja to bym nagotował kilka tysięcy litrów grochówy i tyle) i gdyby były udostępnione dla nas umywalki na Stadionie Narodowym – ja na bezczela umyłem się w kiblu na stacji Warszawa Stadion, ale zapewne większość biegaczy musiała wracać „na trolla” do domów autobusami lub pociągami. I to tyle, jak idzie o narzekanie – mimo powyższego plusów jest pierdyliard razy więcej, niż minusów 🙂

Podobne wpisy

14 Odpowiedzi na 8. Półmaraton Warszawski. Relacja.

  1. Mchl napisał(a):

    Dzięki za start i do Lublina zaprasza, jak nie w tym sezonie, to w następnym 😉

  2. Krasus napisał(a):

    No fota w tojku rewelacja!:D

  3. Leszek Deska napisał(a):

    Super równo wyszło! Zdziwiłem się trochę że piszesz tylko o 12-15 sekundach zapasu na Belwederską. Ja tam straciłem około 20 sekund a biegłem szybciej – spodziewałbym się że grupa na 2:00 straci tam ze 30 sekund…
    Impreza rzeczywiście super, pogoda mi się podobała – do kibicowania niezbyt ale do biegania fajna.
    Tego makaronu na mecie nie widziałem, miejsca gdzie chip’a można by oddać też nie 🙂
    Acha, zdjęcie w kibelku zabójcze!

    • marcinkargol napisał(a):

      Jakoś specjalnie dużo nie straciliśmy. Grupa się delikatnie rozciągnęła, ale nie rozerwała. Na zbiegu w stronę Nowego Świata udało się parę sekund jeszcze nadrobić i generalnie od Ronda de Gaull’a każdy, kto zaczynał ze mną i mnie wyprzedzał, wypracowywał sobie nadróbkę nad 2:00.

      Makaronu nie żałuj – dramat, dramat, dramat. Jakbyś wyjął z lodówy 🙂

  4. Mikolaj napisał(a):

    Gratuluję punktualności i kolejnego świetnego prowadzenia grupy:) zresztą miałem ją okazję poznać na jesiennym MW, takiego zająca ze świecą szukać! Tym razem startowałem na złamanie 1:50 i mój zając którego rozpaczliwymi zrywami goniłem od palmy okazał się być zającem na 1:49, niby minuta ale jak ktoś biegnie na życiówkę to i minuta dużo.. Do minusów można dodać przykrótka matę na 5 km, w ostatniej chwili się na nią załapałem, no i bryłki lodu na trasie przed metą. Marcin – Nie myślałeś może o prowadzeniu na 4.00 na jesieni?:) Pozdrawiam, Miko

    • marcinkargol napisał(a):

      Jesienią, jeśli pojawię się w Warszawie, bo ciągle kombinuję ze swoimi planami, to pewnie tradycyjnie będę ciągnął wagony na 4:30 – jakoś się tak przyzwyczaiłem do człapania z tą grupą 😉

  5. pawson napisał(a):

    hej
    – to była przyjemność
    – i złamałem dwójkę
    pozdro
    pawson

  6. Dorota napisał(a):

    Super fotka z tojtojkiem!! Szkoda, że nie udało mi się dotrzymać Wam kroku 🙂 Gratuluję punktualności 🙂

  7. Emilia napisał(a):

    Jak zwykle wzorcowe prowadzenie grupy. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *