5. Półmaraton Poznański. Relacja.

Autor: • 2 kwietnia 2012 • Asfaltowo, Blog, Relacje11 komentarzy3451

Dziewiąty kilometr biegu. Kilka chwil wcześniej skręciliśmy w prawo na Rondzie Starołęka i biegniemy teraz prosto ulicą Hetmańską. Trochę z górki, trochę pod górkę. Pogoda idealna, samopoczucie idealne, wszystko jest idealne. Mówię do pacemakera prowadzącego grupę na 1:40 obok którego biegnę, że biegnie mi się doskonale i już teraz mam ochotę mu uciec. On się tylko śmieje, a ja się głęboko zastanawiam co robić. Pierwotny plan zakładał ucieczkę w okolicach 15 kilometra. Później nastąpiła zmiana i chciałem uciec około 12 kilometra na ostatnim zbiegu na trasie.
Kilka dni przed startem stwierdziłem jednak, że ucieknę w połowie dystansu i niech się dzieje wola nieba (w pewnym momencie zastanawiałem się nawet, czy nie ruszyć na 1:35, ale uznałem, że nie jestem na to gotowy). Minęliśmy punkt odżywczy na 10 kilometrze, pokonujemy spory podbieg, przedostatni na trasie półmaratonu. Wbiegamy na ulicę Rolną. Na 11 kilometrze stoi niesamowicie grająca rockowa kapela. Gitarowe riffy ładują mnie energią. Skręcamy w lewo, ostry zbieg. „Niech moc będzie z wami” mówię do zajęcy, a sam redukuję bieg, żegnam się z tempem 4:45/km i zaczynam ucieczkę do mety. Do mety, do której pozostało mi jeszcze 10 kilometrów…
Szczerze przyznam, że w Poznaniu nigdy nie biegało mi się dobrze, jeśli chodzi o półmaratony czy maratony. Za wyjątkiem mojego półmaratońskiego debiutu w 2010 roku, kiedy to nabiegałem 1:48, to reszta moich startów nie była zbyt udana. Maraton w 2010 to próba ataku na 4 godziny, zakończona sromotną klęską. Półmaraton w 2011 to owszem, wówczas życiówka i 1:44, ale od trzynastego kilometra biegłem z gigantycznym bólem skurczonego mięśnia. Maraton 2011, to klapa i kompromitacja – na 18 kilometrze zszedłem z trasy. Nie powinienem w ogóle startować, jakaś choroba mnie wówczas dopadła. Stąd też mimo, że byłem świadomy tego w jakiej jestem dyspozycji, obawiałem się tego startu i nie miałem 100% pewności, że wszystko uda się tak, jak sobie założyłem…
Do Poznania przyjechałem w sobotę po południu. Z dworca skierowałem swoje kroki do hali Arena, gdzie mieściło się biuro zawodów oraz przedbiegowe targi. Odebrałem pakiet startowy (pierwszy raz w Poznaniu dodali do pakietu koszulkę techniczną zamiast bawełnianej), spotkałem dużo znajomych mordek, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, poszedłem na (jak zwykle kiepski) makaron i można było się zbierać.
Po drodze jeszcze, zanim trafiłem na halę, gdzie był zorganizowany nocleg, zostałem zgarnięty na piwo. Z propozycji skorzystałem, bo lubię piwo:) Do dyspozycji biegaczy były dwie hale. Nie wiedzieć czemu na jednej spało – pi razy drzwi – dwieście osób, a na drugiej – tej, na której spałem ja – dziesięć. Tak, dziesięć. Ja, mój zacny kolega Miłosz (który był pacemakerem na 2:00) oraz kilka innych osób.
Cała hala dla nas. Cisza, spokój, można było się naprawdę wyspać przed biegiem. Z Miłoszem długo jeszcze pogawędziliśmy o bieganiu i nie tylko, nawodniliśmy się jeszcze jednym piwem (mało to sportowe, prawda?) i koło północy poszliśmy spać (zgodnie stwierdziliśmy, że spanie na halach sportowych wśród innych biegaczy, ma swój niepowtarzalny klimat). O godzinie 8 rano w niedzielę, kiedy opuściliśmy halę, zobaczyliśmy coś, co nas przeraziło. Padał śnieg. Przepraszam za dosłowność, ale pizgało niesamowicie i napierdalało miotało śniegiem! A ja w torbie wszystkie rzeczy na krótko. Wystraszyłem się nieco. Na szczęście około 9, kiedy byliśmy już na terenie Malty, zaczęło się rozpogadzać, wyszło słońce i temperatura zaczęła wzrastać bardzo szybko. Po krótkim ogarnięciu się w szatni, oddaniu rzeczy do depozytu i skorzystaniu z toi-toia, można było potruchtać na start…
Stoję na starcie. Czuję że glikogen wypływa mi uszami i spada na ramiona. Czwartek, piątek i sobota – nie jadłem w te dni praktycznie nic więcej, jak tylko makaron. Chciałem być przygotowany w sposób perfekcyjny do tego, co ma się wydarzyć za chwilę. Jestem tu. Półmaraton w Poznaniu. Dwa lata temu też tu byłem, wówczas po raz pierwszy. Nie wiedziałem wtedy co się wydarzy, biegałem raptem pięć miesięcy. Teraz też nie wiem, co się wydarzy, mimo że biegam odpowiednio dłużej. Wiem tylko, że ten bieg będzie papierkiem lakmusowym, pokaże mi jak na dłoni, na czym w tym momencie stoję. Tu nie zadecyduje dyspozycja dnia. Za dwa tygodnie mam maraton, dzisiaj dowiem się, czy ciężka praca włożona w cały okres przygotowawczy, zaowocowała czymś sensownym. Strzał. Poszli. Ustawiłem się z zającem na 1:40. Chce się trzymać go do półmetka. O ile zdrowie pozwoli. Nie wiem co się stanie, ale porażka nie wchodzi w grę. Biegniemy. Mijają kilometry. Zając nieco szarpie tempo, czasem przyspiesza nawet do 4:30/km. Biegnę z nim w pierwszej linii (nie lubię mieć nikogo przed sobą, to mnie hamuje i wytrąca z rytmu, kiedy muszę uważać, żeby kogoś nie podeptać), zwracam mu uwagę, że jest ciut za szybko.
Pierwszy punkt odżywczy. Izotonik i woda. Wzięte z ostatnich stołów, nie straciłem tempa i rytmu, gładko poszło. Lecimy dalej. Pierwsza piątka, to czasy 04:44, 04:36, 04:41, 04:37, 04:31. Słońce coraz wyżej, robi się cieplej. Współczuję tym, którzy wystartowali w długich rękawach i nogawkach, czy czapkach, buffach i rękawiczkach. Oni się będą gotować. Ja biegnę na krótko i czuję, że jest idealna temperatura. Wszystko jest idealnie. Słyszę obok siebie innych biegaczy. Z zadyszką, zasapani. Mój oddech natomiast zupełnie nie oddaje tempa w jakim biegnę. Jakby żył swoim życiem i był w tym momencie na wakacjach. Czasem podczas treningów w pierwszym zakresie byłem bardziej zdyszany. Dziewiąty kilometr, mówię zającowi, że chcę uciekać, ale się boję. On się śmieje. Ja też się śmieję, ale już wiem co zrobię. Druga piątka za nami. 04:36, 04:41, 04:40, 04:39, 04:39. Punkt odżywczy, podbieg, kapela rockowa, zakręt w lewo, zbieg. Zostawiam ich, a sam lecę do przodu. Półmetek za mną. Myślę sobie, że teraz zaczyna się walka. Zostałem sam. Tylko ja, zegarek i trasa. I dziesiątki biegaczy, których wyprzedzam. A wyprzedzam w sposób niezwykły. Czuję lekkość w nogach. Tempo wzrosło powyżej 4:30/km, oddech przyspieszył, ale wciąż czuję, że wszystko jest idealnie. Mam do mety jeszcze kilka ładnych kilometrów, ale ogarnia mnie swego rodzaju błogość. Takie poczucie perfekcji, dobrze wykonanej roboty. Uwielbiam czuć ten stan na zawodach. Nie mogę jednak marzyć zbyt intensywnie, bo długa prosta, którą biegnę, zdaje się nie mieć końca. Do tego zaczyna nieco mocniej wiać. Schowałbym się za kogoś, ale nie mogę. Bo biegnę za szybko i ciągle wyprzedzam. Trzecia piątka, to czasy 04:49 (podbieg + punkt odżywczy), 04:24, 04:27, 04:31, 04:27. Kilometry mijają, wyprzedzam ludzi, którzy zawsze dobiegali przede mną, to daje mi niesamowitego kopa. Wbiegamy do centrum Poznania. Nie ma zbyt wielu kibiców, ale nie to jest dla mnie dzisiaj najważniejsze. Najważniejsze jest to, że teraz już wiem, że nie może się nie udać. 16 kilometrów za mną. To dziwne, ale jeszcze przyspieszyłem. Nieświadomie. Zorientowałem się podczas łapania międzyczasu. Czuję się jednak dobrze i nie zwalniam. Nogi zaczynają odczuwać zmęczenie, ale nie jest to ból, który zmusiłby mnie do tego, żeby wyhamować. Przebiegamy przez most św. Rocha. To właśnie w tym miejscu zszedłem z trasy w zeszłym roku podczas maratonu. Mam przed oczami siebie z tamtego dnia. Zmarnowany, rozczarowany, udający, że wszystko jest w porządku. Teraz biegnę, żeby pomścić tamtą porażkę. A biegnę naprawdę szybko. Jestem już zmęczony, ale to jest bardzo przyjemne zmęczenie. Czuję, że jestem w takim miejscu mojego wysiłku, który jest intensywny, to prawda, ale mógłby trwać jeszcze długo. Trzymam się bezpiecznego dystansu od tej cienkiej linii, której przekroczenie mogłoby się źle skończyć. Kilometry 16-19: 4:23, 4:20, 4:23, 4:18. Dobiegam do ulicy Baraniaka. To już niedaleko. Prosta, podbieg, zbieg, meta. Patrzę na czas, patrzę na dystans i doznaję olśnienia! Czy dam radę złamać 1:35??? Biegłem tak szybko, że realnie zbliżyłem się do tego wyniku. Przez chwilę nie wiem co robić, ale stawiam wszystko na jedną kartę. Zostały mi dwa kilometry i sto metrów. Nie sądziłem, że mam w sobie takie pokłady energii. Teraz wyprzedzam hurtowo wszystkich. Muszę wyglądać dziwnie, biegnąc tak szybko, jak biegnę. 19 kilometr, w połowie pod górkę, pokonałem w 4:08. Uda się czy się nie uda?
Tętno powoli zbliża się do maksymalnego, rzucam mięsem pod nosem, widzę w oddali metę. Zegarek, czas, tempo, dystans, zegarek, czas, tempo, dystans, nie uda się, nie ma szans, zabraknie mi niewiele. Zbiegam do mety, cieszę się jak małe dziecko z pierwszej zabawki, skaczę z radości jeszcze przed metą, krzyczę do ludzi, oni krzyczą do mnie. Przebiegam pod zegarem, wyłączam stoper. Ostatni kilometr przebiegłem w 3:50. Odwaliłem kawał dobrej roboty…
1:35:20 netto (1:35:51 brutto). Takiego czasu się nie spodziewałem. Nie wiedziałem i nie wierzyłem, że stać mnie na taki wynik. Życiówka poprawiona o 7 minut. W trakcie tego biegu poprawiłem także życiówki na 5, 10 i 15 kilometrów. Na 10 kilometrze zajmowałem 800 pozycję. Skończyłem jako 560 na ponad 4100 biegaczy. Niby piąta setka, ale po dodaniu do tego całokształtu tego, co wydarzyło się w niedzielę, traktuję to jako cholerny sukces. To, co zrobiłem w Poznaniu stawia mnie w jednoznacznej sytuacji – za dwa tygodnie w Dębnie niepodjęcie ataku na 3:30, byłoby skrajną głupotą. Wiem, że mogę i wiem, że wyjdę z siebie, żeby tylko udało mi się tego dokonać.

Podobne wpisy

11 Odpowiedzi na 5. Półmaraton Poznański. Relacja.

  1. Kuba (Formatownia) napisał(a):

    Jakbym wydział swój bieg w Szamotułach rok temu. Też miałem wynik 1:35 z groszami i też życiówkę pobiłem o 7 minut. Wtedy zadecydował o tym brak zegarka (zapomniałem po prostu), nie żaden glikogen z uszu. Po tamtym biegu wiem, że jest w nas niespożyta energia i czasem wystarczy uwierzyć. Mimo wszystko gratuluję, w Dębnie będzie dobrze, bo przepracowałeś zimę odpowiednio. Idź na 3:30, nie masz nic do stracenia!

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Prędzej pobiegłbym bez butów, niż bez zegarka:)
      Co nie zmienia faktu, że masz rację – są w nas ukryte takie pokłady energii, o których nie mamy pojęcia, dopóki one nie eksplodują.
      Mam nadzieję, że ten niedzielny wybuch, to była ledwie namiastka tego, co się wydarzy w Dębnie:)

  2. TOMEK napisał(a):

    Marcin, cieszę się z Twojej życiówki jak ze swojej. Podobnie jak Ty odczuwam te nastroje, tę euforię. Nie wiem, kiedy w tym roku pobiegnę swój pierwszy półmaraton, ale chciałbym go właśnie tak przeżywać (choć Twój czas w tym roku wydaje mi się nieosiągalny).

    Rozwal, Chłopie, w p…du swoją życiówkę w Dębnie. Tam nie ma zajęcy.

    I jeszcze jedno. Na http://www.norwegofil.pl jest konkurs, który i Ciebie może zainteresować.

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Dzięki, Tomku, za dobre słowo. Euforia biegacza, runners high, to jest niesamowity stan i trzeba go przeżyć, żeby wiedzieć, jak on smakuje. Obyś w Toruniu zasmakował się nim do granic niemożliwości:)

      Nie ma zajęcy w Dębnie?
      No, to będzie ciekawie…

  3. Anonymous napisał(a):

    świetna relacja, troszkę za sprawą świetnego wyniku i dobrego biegu, ale piszesz też bardzo ciekawie, dosłownie można poczuć się jak autor. : ) pozdrawiam i życzę kolejnych życiówek!
    ola

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Dziękuję za ciepłe słowa:)
      To jest z jednej strony moja wada – nie umiem pisać krótko. Ale i nie zamierzam. Cieszę się, że ktoś się w natłoku tych wszystkich słów odnajduje 🙂
      Pozdrawiam także i zapraszam częściej 🙂

  4. Anonymous napisał(a):

    Jest moc! Jest siła! Jest radość!
    Są i Gratulacje.
    Dębno będzie Twoje.

    Karol
    (kolega z PMW_2h)

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Dzięki serdeczne!
      O Dębnie koło niedzieli będę pisał. Całkiem ciekawe myśli mnie nachodzą, jak idzie o ten bieg. Sam się ich boję, tak szczerze mówiąc:)
      Co nie zmienia faktu, że mam nadzieję, że Twoje słowa ciałem się staną.

  5. Anonymous napisał(a):

    Marcinie, przepięknie pobiegłeś! Jak tak dalej pójdzie, to w tym roku złamiesz 1:30 :)…
    Trzymam kciuki za Dębno, 3:30 padnie jak złoto!
    Pozdrawiam, Justyna.

    • Marcin Kargol napisał(a):

      No, na 1:30 to w tym sezonie nie liczę. 4:15/km przez 21km jest w tym momencie dla mnie nieosiągalne, ale wiosną przyszłego roku, na pewno będzie to jednym z moich celów (oczywiście poza 3:20 w maratonie, przy pomyślnych wiatrach za półtora tygodnia:) )

  6. Anonymous napisał(a):

    No Kawalerze….Jestem dumna z Ciebie:):):), trzymaj tak dalej.Zuza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *