36. PZU Maraton Warszawski. Relacja.

Autor: • 3 października 2014 • Asfaltowo, Blog, Relacje4 komentarze2762

W maratonach i półmaratonach w Warszawie startuję od 2011 roku. Rokrocznie jestem zającem. Rokrocznie w marcu dobiegam na metę w 2 godziny, a we wrześniu w 4,5. Rokrocznie każdy start w Warszawie wiązał się z tym, że miałem do pokonania 400 kilometrów samochodem/pociągiem/autobusem i zaraz po zakończeniu biegu wracałem z powrotem. Tym razem czekało na mnie nowe doświadczenie. Wstałem 3 godziny przed startem, zjadłem śniadanie, przebrałem się, wsiadłem w metro, potem w SKM i dojechałem w ciągu chwili pod Stadion Narodowy. Byłem absolutnie gotowy do mojego ósmego pacemakerowania w życiu i jednocześnie 13. startu na królewskim dystansie.

Moment pierwszy: przed startem

Lubię ten moment, kiedy staję w strefie startu. Do wystrzału startera jeszcze 40 minut. Dookoła mnie pojawia się co raz więcej ludzi. I gro z nich przychodzi do mnie, wita się. I zadają pytania. Dużo pytań. Bardzo dużo pytań. Ja na te pytania odpowiadam jak najlepiej tylko potrafię. Jeśli ktoś nie zada jakiegoś ważnego pytania, to wtedy sam zaczynam opowiadać. Przekazuję wordpress plugins free download wskazówki, podpowiadam co i jak na trasie można zrobić, lub czego nie robić, żeby wszystko poszło jak najlepiej.

A kiedy skończą się pytania, kiedy do startu pozostaną tylko minuty, atmosfera jakby się zagęszcza. Rozmowy milkną, zaczyna się skupienie. Ludzie za moimi plecami wpatrują się albo w linię startu, która zazwyczaj znajduje się bardzo daleko od nas, albo skupiają wzrok na balonikach (lub fladze, jak to miało miejsce w tym roku), które mam przyczepione do pleców. 4:30. Wizualizują sobie to, jak po tym czasie będą wbiegać na Stadion Narodowy. Sam to sobie wizualizuję. To nie jest tak, że to dla mnie sama radość, sam luz i pełen chill. Owszem, to wszystko jest. Ale jest też odpowiedzialność i mobilizujący stres. Lubię to czuć.

Moment drugi: do 21,1 km

Padł strzał. 36. edycja Maratonu Warszawskiego ruszyła z kopyta. Dosłownie. Tysiące biegaczy po raz kolejny wybiegli blokować miasto i uniemożliwiać wyjazd z domów, osiedli i parkingów! Nie można dojechać do galerii, do kościoła, na zakupy, gdziekolwiek tam, gdzie jedzie się w niedzielę o 9 rano! Nas te problemy nie dotyczą. Od początku chwytamy równe tempo. Jest nas dwoje – zajęczy duet, który biegł razem w 2012 roku. Marcin Kargol i Izabela Moskal. Dzień dobry, będziemy Waszymi zającami! Przy palmie na rondzie de Gaulle’a jesteśmy punktualnie. Grupa w gardłach silna, jak się okazuje. Tradycyjnie zaczynam krzyczeć: JEST SIŁA? Tłum za mną odpowiada. JEST MOC? Odpowiadają. JEST RADOŚĆ? Nie mam podstaw, żeby im nie wierzyć. To będzie dobry maraton.

Skręcamy w Marszałkowską. Po lewej Pałac Kultury i Nauki, potem budynek Pasty. Zaraz potem Ogród Saski, Grób Nieznanego Żołnierza, Krakowskie Przedmieście… Wszystkie te miejsca poznałem dopiero niedawno. Niektóre z nich biegiem. Teraz biegnę obok nich z tysiącem innych biegaczy. Powoli i stopniowo budujemy małą przewagę nad czasem netto. To dlatego, że jest z górki. Humory ciągle dopisują, ale nie ma się co dziwić – to dopiero początek. Jeszcze kilka godzin biegu i wszystko może sie po drodze wydarzyć. Na przykład może się zachcieć siku. Tak, jak mi na 8 kilometrze. Puściłem Izę z grupą przodem, a sam poleciałem do toi-toiki. Minuta osiem i trzeba było gonić, co wzbudzało ogólną radość. Minęła godzina, jesteśmy na Wisłostradzie. Zabroniłem grupie odzywać się bez powodu. Słońce grzeje, nie ma co tracić energii. Niedługo tunel. Zrobi się odrobinę chłodniej. Na końcu tunelu czeka nas kilkudziesięciometrowy podbieg. Mamy przewagę, więc możemy zwolnić. Tak też robimy. Powoli, spokojnie, bez ciśnienia. Grupa pokonuje przeszkodę bez ofiar. Tłum kibiców pomaga. Jest dobrze. Po paru kilometrach dobiegamy do Łazienek. Najpierw radiowa Trójka, potem mijamy Agrykolę (szkoda, że nie podbiegaliśmy pod nią w tym roku). Wbiegamy na długą prostą przez cały park. Człapu człap. Równe tempo, głośne krzyki, śmichy chichy i żarciki. Półmetek wypada nam na Mokotowie przed kolejną kilkukilometrową prostą. Półmaraton przebiegamy z zapasem kilkunastu sekund nad czasem 2:15:00. Teraz możemy rozpocząć maraton…

Moment trzeci: po 21,1 km

Zacznie się, oj, teraz się zacznie. Znam to z poprzednich lat. Zawsze staram się powtarzać grupie, że nie ma co marudzić – w końcu każdy już przebiegł 21 kilometrów, więc wiadomo, że potrafi. Trzeba teraz to tylko powtórzyć i będziemy na mecie. Rzecz jasna nie działa to zupełnie. Jedyne co działa, to przebieranie nogami. Równe, rytmiczne, bez ociągania się. Działa również krzyk, choć z upływem kilometrów jest co raz cichszy. SIŁA! MOC! RADOŚĆ! Jeśli grupa nie ma siły krzyczeć, to ja krzyczę do nich! Niech wiedzą, że nie są sami. Zając to nie tylko metronom, krokomierz, satelita i tempomat w jednym. Wsparcie, wsparcie i jeszze raz wsparcie. Gdybym korzystał z pomocy zająca, sam bym tego oczekiwał, dlatego też swoje grupy prowadzę w taki, a nie inny sposób.

Kibice nie zawodzą. W okolicach Świątyni Opatrzności Bożej są ich rzesze. Krzyczą, klaszczą. Chce się biec! Przez cały czas robię zdjęcia, również z kibicami. To dodatkowy element luzu i funu, które na pewno przydadzą się za kilka kilometrów. Czeka nas podbieg na ulicy Arbuzowej. Znam go doskonale. Nie jest specjalnie długi, nie jest specjalnie stromy, ale na 27. kilometrze biegu może być kluczowy dla ostatecznego wyniku. Mam jakieś 40 sekund zapasu nad czasem netto. O to nam chodziło. Kiedy pojawiamy się u podnóża wzniesienia, zwalniamy. Bardzo zwalniamy. Kroczek za kroczkiem. Ręce mocno, głębokie oddechy i powoli do góry. Nigdzie się nam nie śpieszy. NIGDZIE SIĘ NAM NIE ŚPIESZY! Pełen spokój. PEŁEN SPOKÓJ, KURWA! Wybiegamy na Ursynowie. Ciągle powoli, dajemy odpocząć grupie. Luz blues, a w niebie same dziury cheap generic cialis.

33 kilometr. Znowu mam pełen pęcherz. Ale nie mogę teraz zejść na bok, bo zaraz będzie Krasus ze swoim wykurwistym punktem kibicowania! Ciągnę grupę ulicą Rolną, a grupa też się rozciąga. Ale przemy do przodu. Wpadamy na Marcina. W moje ręce wpada coca-cola. Część rozprowadzam w siebie, drugą część po grupie. Wypadamy na Puławską. Można by powiedzieć, że to przedostatnia prosta do mety. Towarzystwo za naszymi plecami wygląda średnio na jeża. Niektórzy wyglądają „średnio” – widać po nich, że dolecą do mety. Niektórzy jednak wyglądają „na jeża” – ich będzie trzeba ciągnąć niemalże na siłę. Ale co to dla nas! SIŁA! MOC! RADOŚĆ!

Ciągle 40 sekund zapasu nad czasem netto. Ostatni punkt odżywczy. Znów palma. I po chwili znów Most Poniatowskiego. Pojawiają się pierwsi odważni – zaczynają finisz 2 kilometry przed metą. Kurczę, to jednak 12 minut biegu. Mają zapas mocy w nogach. Z Izą nieco zwalniamy. Już zupełnie nam się nie spieszy. Wiemy, że wpadniemy na stadion idealnie o czasie. Pozwalamy się wyprzedzać. NAKURWIAĆ! META ZA KILOMETR!!!!!!!!!

Moment czwarty: meta

Jest brama stadionu. Wpadamy do tunelu. Ktoś do mnie podbiega, dziękuje za pomoc. Takich ktosiów spotkamy później wielu. Na płycie stadionu wielu kibiców. Jest czas, więc przybijam z nimi piątki. Uśmiech sam ciśnie się na mordki. Ostatnie metry pokonujemy bardzo wolno. Zatrzymujemy się wręcz, żeby zgarnąć rozbitków. Niech czują nasze wsparcie do samego końca. Przechodzimy pod zegarem. Wolno, spokojnie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. 4:30:06. Do zobaczenia w marcu.

Podobne wpisy

Jedna odpowiedź na 36. PZU Maraton Warszawski. Relacja.

  1. Paweł Zinkiewicz napisał(a):

    Ha! Po okrzykach uświadomiłeś mi że biegłem z Tobą połówkę w tym roku 🙂 Odłączyłem się po tunelu na Wisłostradzie, ale pamiętam że biegło się naprawdę dobrze 🙂
    Słyszałem Was też w niedzielę, jak kibicowałem na Sobieskiego/Wilanowskiej. Pozdrowienia i do zobaczenia na kolejnej połówce 🙂

  2. TOMEK MAJEWSKI napisał(a):

    Marcinie!
    Wspaniale było się z Tobą spotkać.
    Wspaniale było z Izą i Tobą podjąć ryzyko biegu na 4:30.
    Najwspanialej było zrobić Wam aplauz na kilkunastym kilometrze.

    Dziękuję. Za to, że na zawodach biegowych spotykam takich ludzi jak Ty, kocham całkowicie interesownie zawody biegowe. Tak.

    Z pozdrowieniami i pełnym wdzięczności milczeniem
    T.M.

  3. drproctor napisał(a):

    Dobra robota przyjacielu. Szacunek 😀

  4. Eryk napisał(a):

    fajnie tutaj u Ciebie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *