35. PZU Maraton Warszawski. Relacja + „pacemakerem być”.

Autor: • 4 października 2013 • Asfaltowo, Blog, Relacje21 komentarzy4303

Trochę historii

Zającem po raz pierwszy stałem się w roku 2011. Udało mi się dostać do ekipy pacemakerów podczas maratonu w Łodzi. Biegłem wówczas w duecie z moim zacnym kolega, Piotrem Szymczakiem. Prowadziliśmy grupę na 4:30 (od tamtego momentu pokochałem ten czas). Upał doskwierał straszny, nam doskwierał brak zajęczego doświadczenia. Jakoś to jednak szło i dotarliśmy do mety w wyznaczonym czasie. Wbiegając do Atlas Areny i dopingując zawodników, którzy starali się nas wyprzedzić poczułem, że bycie pacemakerem, to jest naprawdę zacna fucha.

Tak mi się to spodobało, że parę miesięcy później wylądowałem w Warszawie na 33. Maratonie Warszawskim, gdzie miałem przyjemność prowadzić grupę wspólnie z moim równie zacnym kolegą, Pawłem Pakułą. Większy bieg, większa grupa, większe emocje. Paweł był dla mnie wtedy jeszcze nieznaną postacią, opowiadał mi o swoich startach w biegach na orientację, a ja zastanawiałem się, co jest fajnego w bieganiu po chaszczach i krzaczorach. Oprócz tego obserwowałem go bacznie, bo miał ode mnie znacznie większe zajęcze doświadczenie. Sam bieg poszedł nam bardzo dobrze, grupę doprowadziliśmy do mety, a niektórzy zawodnicy mieli wówczas okazję poczuć próbkę tego, jak potrafię wydrzeć mordkę.

Owe darcie pyska weszło na stałe do mojego repertuaru począwszy od półmaratonu w Warszawie w marcu 2012. Miałem za swoimi plecami grupę na 2 godziny. I była to grupa niesamowita. To był dla mnie pierwszy raz, kiedy czułem za sobą taką energię, mobilizację i zawziętość. Od pierwszego do przedostatniego kilometra upewniałem się głośno, czy w grupie są siła, moc i radość, a grupa bardzo głośno odkrzykiwała, że ich nie brakuje. Na ostatnim kilometrze kazałem wszystkim spadać i to był pierwszy raz, kiedy ktoś – zanim pobiegł w kierunku mety – podziękował mi za to, co robiłem w trakcie biegu.

Minęło kilka miesięcy i przyszedł czas na 34. Maraton Warszawski. Znów grupa na 4:30 i znów tandem na czele – tym razem miałem u boku moją zacną koleżankę, również uznaną pacemakerkę, Izabellę Moskal. Współpraca między nami a grupą układała się tak, jak powinna. Było głośno, było śmiesznie, a na mecie było bardzo bohatersko – ten maraton odbywał się pod hasłem „Zostań bohaterem narodowego”, gdyż meta była umiejscowiona na Stadionie Narodowym.

Pojawił się rok 2013, znów przyszedł marzec i znów przyszedł półmaraton w Warszawie. 2 godziny na celowniku, a wśród zająców m.in. mój bardzo zacny kolega, przyszły mistrz świata, Marcin „Krasus” Krasoń. Mimo mroźnej pogody i śniegu leżącego dookoła trasy, atmosfera na trasie była cholernie gorąca. Znów pod moje skrzydła trafiła bardzo zmotywowana i świetnie zorganizowana grupa. Rzecz jasna znów zdarłem sobie garło do granic możliwości, co jednak zupełnie mi nie przeszkadzało – wiedziałem, że było warto, kiedy widziałem na mecie masę szczęśliwych mordek, które połamały czas dwóch godzin.

35. PZU Maraton Warszawski

I znów pojawiłem się w Warszawie. To już chyba jakaś więź rodzinna i całkowicie naturalna kolej rzeczy, że Kargol pojawia się jako zając dwa razy w roku w stolicy. Fundacja Maraton Warszawski o tym wie, ja o tym wiem i biegacze też o tym wiedzą.

W przeciwieństwie do półmaratonu pogoda dopisała. Kilka stopni na starcie, trochę ponad 10 podczas biegu. Idealna temperatura na robienie życiówek. Sam maraton po prawie 9 tysięcy zawodników. Ogrom ludzi, jak na polskie, maratońskie warunki. A w tym tłumie najlepsza grupa biegnąca na czas 4:30.

Po odebraniu baloników i tabliczki z czasem, pojawiłem się na starcie. Z miejsca zostałem otoczony przez wianuszek biegaczy i zbombardowany tysiącem pytań. O wszystko. Lubię, kiedy z pełnym przekonaniem mogę doradzać i pomagać ludziom na starcie. Wyjaśniłem całą taktykę na bieg, sprzedałem najważniejsze wskazówki dotyczące punktów odżywczych i trzeba było startować.

Do linii startu zbliżaliśmy się spacerem. Tuż przed startem minęliśmy stanowisko komentatorskie, z którego pozdrowił nas Przemysław Babiarz. No to my pozdrowiliśmy i pana Przemka i całą Warszawę wielkim hałasem, który był zapowiedzią tego, jak głośna będzie ta grupa przez kolejne 42 kilometry. Pokrzyczeliśmy, minęliśmy linię startu, włączyliśmy zegarki i zaczęliśmy maraton. W tym samym miejscu, na moście Poniatowskiego, mieliśmy znaleźć się za niespełna 4,5 godziny.

Jest siła?

Poszły konie po betonie. Stadion Narodowy został za naszymi plecami, a przed nami wiły się 42 kilometry warszawskich ulic. Spodziewałem się tego, że będę miał lekki problem z wbiciem się w zakładane przeze mnie tempo, czyli trochę poniżej 6:20/km. Po prostu nie pamiętałem, kiedy ostatni raz biegałem tak wolno. Okazało się, że problemu nie było żadnego. Pierwsze dwa kilometry przeczłapaliśmy po około 6:25. To, że wyszło ciut wolniej, nie przeszkadzało absolutnie w niczym. Na odcinku do 26 kilometra chciałem zbudować taki zapas nad czasem netto, żeby na podbiegu na ulicy Arbuzowej móc mocno zwolnić i nie musieć zmuszać grupy, do gonienia wyniku.

Urywałem sekundy delikatnie, acz skutecznie. Robiłem to tylko tam, gdzie to było najmniej odczuwalne dla towarzystwa za mną. Czyli głównie na zbiegach. A tych w pierwszej części trasy było całkiem sporo. Sporo również było mocy i energii w grupie. Po pierwszych pięciu kilometrach miałem zdarte gardło. Uwielbiam ten stan, kiedy czuję, że w jakiś sposób panuję nad emocjami ludzi za moimi plecami. Przysypiają? Nudny fragment trasy? To krzyczymy! I od razu ekipa robi się bardziej pobudzona. Love it!

Jest moc?

Kilometry upływały mi wyjątkowo szybko. Tempo biegu było idealne. Każdy kilometr wchodził niemalże idealnie w punkt. Na punktach odżywczych mogłem zwalniać, dzięki czemu nie pozwalałem na to, żeby grupa się rozerwała. To było cholernie mobilizujące dla mnie – mimo upływu kilometrów, ciągle było za mną bardzo tłoczno. Ten tłok, a co za tym idzie siłę gardeł, można było poczuć przede wszystkim w tunelu na Wisłostradzie, pod mostem Poniatowskiego czy na Ursynowie. W tunelu siła drących się paszczy sprawiała, że ciarki przechodziły po całym ciele. A pod mostem, na Ursynowie czy w innych miejscach, gdzie dopisali kibice, reakcja była dwustronna – ludzie dopingowali zawodników, a ci odwdzięczali się głośnym krzykiem informującym, że są siła, moc i radość.

Nieraz pisałem o tym, że czasem zdarza mi się złapać idealny rytm. Podczas tego maratonu udało mi się to ponownie. Wszystkie elementy mi potrzebne, współgrały ze sobą perfekcyjnie. Nogi, zmęczenie (którego nie odczuwałem ani w trakcie biegu, ani dzień czy dwa po nim), pokrzykiwanie do grupy, pomoc na punktach odżywczych, pilnowanie upływającego czasu i tempa jakim się poruszamy. Ani się obejrzeliśmy, a dobiegliśmy do ściany. Na szczęście w przenośni. Gdzieś około 32 kilometra Adidas wystawił dmuchaną bramę z takim właśnie napisem. Ściana. Ściany jednak nie było, o co głośno i wyraźnie pytałem towarzystwo, a towarzystwo jeszcze głośniej i jeszcze wyraźniej mi odpowiadało.

Jest radość?

Od 30 kilometra starałem się jak tylko mogłem, żeby grupa nie myślała o tym, że TYYYLE już przebiegli i że jeszcze tyle do przebiegnięcia. Gadałem do nich, marudziłem, motywowałem. A oni biegli. Zmęczeni, ale uśmiechnięci.

Uśmiechu i śmiechu było mnóstwo. Na trasie kupa żartów sytuacyjnych („kto nie biegnie, ten z policji”) i śmieszkowania ze wszystkiego dookoła; A na 41 kilometrze i dalej radość z tego, że to już 41 kilometr i że można już finiszować. Do tego momentu trzymałem co niektórych w ryzach. Dopiero kiedy pokonaliśmy podbieg w drodze powrotnej na moście Poniatowskiego, zezwoliłem na puszczenie hamulców i bieg do mety. Mieliśmy piękny, około 45 sekundowy zapas, więc można było urwać całkiem sporo z docelowego wyniku.

Część urywała, część niestety została w tyle w okolicach 37-40 kilometra i dobiegła minutę/dwie/trzy po mnie. Ale to nic. Każdy był zwycięzcą.

Jest. Jest! JEST!

Kocham być zającem. Patos jak cholera, ale tak jest. To jest zupełnie inny rodzaj przedstartowej adrenaliny. Nie mam w nogach tylko swojego losu, ale też los setki i więcej innych biegaczy, którzy muszą na kolejne 4,5 godziny zaufać totalnie obcemu facetowi, który co chwila krzyczy i muszą uwierzyć, że dzięki temu szajbusowi nabiegają wymarzony wynik.

Tak na dobrą sprawię, to darcie ryja stało się moim znakiem rozpoznawczym. Przed biegiem podeszło do mnie parę osób, które pilotowałem w innych biegach i pytali, czy też będzie tak fajnie głośno w mojej grupie, jak to było wtedy, kiedy biegli ze mną. Takim samym znakiem stała się moja skuteczność. Czytałem w internecie i słyszałem na żywo przed i w trakcie biegu zdania o tym, że kiedy ja jestem zającem, to nie ma opcji, żeby coś się po drodze zawaliło. Cieszę się, że komuś zapadł w pamięć tempomat wbudowany w moje nogi.

Stan, który ogarnia mnie na ostatnich metrach oraz po biegu, jest zupełnie nie do opisania. Świetne uczucie, kiedy człowiek rozpoczyna wyganianie tłumu przed siebie, a niektórzy zamiast od razu finiszować, podbiegają, ściskają dłoń i dziękują za dobrze wykonaną robotę. Świetne uczucie, kiedy po biegu siadasz sobie gdzieś z boku i widzisz ludzi, którym przewodziłeś przez ostatnich kilka godzin, a którzy cieszą się razem z najbliższymi z tego, że stali się maratończykami. A kiedy ci sami ludzie podchodzą, wyciągają dłoń w podzięce, czy się przytulają (też w podzięce, żeby nie było), to aż się ma ochotę odlecieć. A co najistotniejsze, to z siebie jestem zadowolony, ale z tych ludzi jestem cholernie dumny.

Może nigdy nie zejdę poniżej 3 godzin w maratonie. Może nigdy nie będę tak zajebisty jak Krasus. Może nigdy nie będę miał w sobie tyle Bormana, ile ma Borman. Może nigdy nie wyjdę powyżej średniej biegaczokrajowej, ale dopóki będę mógł biegać, to będę sobie parę razy w roku przypinał baloniki do koszulki i będę pozwalał, żeby tłum ludzi deptał mi po piętach przez kilkadziesiąt kilometrów. Bo umiem, lubię i chcę. Rzekłem.

Podobne wpisy

21 Odpowiedzi na 35. PZU Maraton Warszawski. Relacja + „pacemakerem być”.

  1. Dorota napisał(a):

    Ależ w tym jest moc, siła i radość 🙂 Pięknie napisane! Liczę na to, że kiedyś będę miała zaszczyt być w Twojej grupie… na maratonie 🙂

  2. RadekM. napisał(a):

    Tekst piękny…a filmik rozłożył mnie na łopatki;)

  3. Pecado napisał(a):

    Fajnie opisane, w nagrodę Pogotowie Energetyczne 🙂

    https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=WJmLP2HE

    Niedługo kazdy bieg bedzie miał swój „hymn” 🙂

  4. Sylwia napisał(a):

    Ehhhhh co ja mogę powiedzieć….
    Ehhhhhhh chyba tylko powzdycham sobie….
    Ehhhhhhhhh 4:30
    Ehhhhhhhhhh Ty wiesz
    Ehhhhhhhhhhh a miało być tak pięknie
    Ehhhhhhhhhhhhh Uczeń i Mistrz 😉
    Ehhhhhhhhhhhhhh dupa blada….
    Ehhhhhhhhhhhhhhhhh
    Ehhhhhhhhhhhhhhhhhhh

  5. drproctor napisał(a):

    Też bym tak chciał pozającować, tylko trochę się boję. Bo to jednak odpowiedzialność jest…

    • marcinkargol napisał(a):

      Grunt, to nie myśleć o tym. Jeśli jest zabawa, jest jest fun na trasie, to wtedy poczucie odpowiedzialności odchodzi na dalszy plan i wszystko dzieje się jakby samoistnie 🙂

  6. Leszek Deska napisał(a):

    Świenty zając i świetny wpis, gratulacje Marcin! Ja bym nie miał tyle odwagi żeby krzyczeć na ludzików ale super że są tacy co mają 🙂
    A filmik rzeczywiście – daje na czachę!! 😀

  7. Gdzie zającujesz następnym razem? Chętnie bym się podarł na ludzi, a taki bieg z Tobą brzmi jak prawdziwa przygoda 🙂

  8. Emilia napisał(a):

    Biegłam z Marcinem na 4:30 w zeszłym roku i potwierdzam – świetnie prowadzi grupę. To zdecydowanie najfajniejszy zając!

  9. Maria napisał(a):

    Ach, szkoda że nie pozającujesz teraz w Poznaniu… 🙂

  10. Roman napisał(a):

    Aż chce się startować. Chętnie pobiegnę z Tobą na czele. Powodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *