34. Maraton Warszawski. Relacja.

Autor: • 2 października 2012 • Asfaltowo, Blog, Relacje8 komentarzy3222

Po raz pierwszy w Warszawie „na biegowo” pojawiłem się dokładnie rok temu. Również we wrześniu i również z okazji Maratonu Warszawskiego. Można by powiedzieć, że się wprosiłem na tę imprezę, bo wcisnąłem się tam na pozycję pacemakera na 4:30. Zacny to był bieg, fantastyczna impreza, niesamowity klimat. Spodobało mi się w stolicy. Dzięki temu wylądowałem w Warszawie również w marcu na półmaratonie. Tam prowadziłem grupę na 2 godziny. I utwierdziłem się w przekonaniu, że pomimo, że Warszawa zupełnie do mnie nie przemawia jako miasto (za duży tłum, za głośno, za chaotycznie), to do biegania jest wręcz stworzona. W związku z powyższym nie mogło mnie zabraknąć i podczas tegorocznego maratonu, gdzie ponownie pojawiłem się na starcie z balonikiem nad głową, na którym widniał napis 4:30.

Kilka dni przed biegiem zaczęło boleć mnie kolano. Ból typowo przeciążeniowy. Zaleczyłem to jakąś magiczną maścią i opokanem. Mogłem stanąć bez problemu na starcie. Zanim się jednak tam pojawiłem, odebrałem pakiet startowy – standard, wzbogacony sporym zestawem cukierków Halls. No i koszulka, w której, takie miałem wrażenie, po biegu chodziło pół Warszawy. To budujące, że jest nas tylu. Odebrałem również strój zająca i mogłem ze spokojem oczekiwać następnego dnia.
W tym oczekiwaniu spędziłem bardzo miły czas w bardzo miłym towarzystwie. Przyjaciele Mojej Niebiegającej Kobiety zorganizowali nam parę atrakcji, dzięki czemu miałem okazję m.in. zwiedzić Warszawę tramwajem. Z takiej perspektywy to miasto jest całkiem przyswajalne. Za ten czas w imieniu swoim oraz MNK bardzo dziękuję Beacie i Piotrowi.

Najbardziej przyswajalne jest jednak wtedy, kiedy stoi się na Moście Poniatowskiego, trzyma się tabliczkę w czasem w ręce, do koszulki ma przywiązany balonik, a za plecami ma się pokaźną grupę osób, które liczą na pomoc w złamaniu czterech i pół godziny. Razem ze mną tę grupę prowadziła Iza Moskal. Nie znaliśmy się wcześniej, ale nie było to żadnym problemem, bo bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język. Szybko też odkryłem w grupie wielki potencjał i wielką siłę. Jak? Tradycyjnie. Na szczęście głos mam mocny i silny i krzyknąć potrafię. Więc podobnie jak podczas półmaratonu, tak i teraz co kilkanaście minut krzyczałem do swoich ludzi czy jest moc, siła i radość. A oni na każde z tych pytań odpowiadali równie głośno, że jest. I to ja rozumiem!
Rozumiem i uwielbiam. Pierwszy raz funkcję zająca pełniłem podczas maratonu w Łodzi w 2011 roku. Nie było perfekcyjnie, ale też nie było porażki. Dotarłem razem z partnerem, Piotrem Szymczakiem, do mety w założonym czasie i mam nadzieję, że komuś udało nam się pomóc. Mimo to stwierdziłem, że jest to niesamowita sprawa i że chcę to robić jeszcze i jeszcze i jeszcze. Dlatego też znalazłem się we wrześniu w Warszawie. Tam stanąłem na starcie razem z Pawłem Pakułą. Wówczas wszystko rozegrało się znakomicie. Na mecie pojawiliśmy się w doskonałych humorach, doskonałym zdrowiu i wielką satysfakcją z dobrze wykonanej roboty. Owa robota natomiast została wykonana wzorowo kilka miesięcy później, podczas półmaratonu. Tam byłem sam. Nie miałem drugiego zająca. A na dodatek prowadziłem ekipę na cholernie ważny czas, czyli na 2:00. Była siła, moc i radość. Była kupa energii. To były jedne z najbardziej niesamowitych godzin, jakie mogłem spędzić na biegowych trasach.
Są takie biegi, kiedy wszystko się układa perfekcyjnie. Od pierwszych kilometrów wiedziałem, że takim biegiem będzie 34. Maraton Warszawski. Pogoda znakomita do biegania. Nastroje bojowe. Trasa niemalże idealna na życiówki. Wszystko zagrało bez najmniejszego fałszu. Z kilometra na kilometr budowaliśmy malutką przewagę nad zakładanym czasem, co pozwoliło nam na ostatnich kilkuset metrach trochę zwolnić i zabawić się w zaganiaczy zabłąkanych owieczek. Część grupy nie wytrzymała podbiegu na 26 kilometrze. Część stwierdziła, że to ich dzień i wyprzedzali nas powoli, acz skutecznie. Część natomiast trzymała się dzielnie naszych baloników po to, żeby na 41 kilometrze dostać kopa w dupę i polecieć do mety.
Mety, która była usytuowana na płycie Stadionu Narodowego. Mimo, że kibice, którzy pojawili się na stadionie, to byli w 99% krewni-i-znajomi-biegaczy, to i tak wbieg na murawę robił oszałamiające wrażenie. Potęga tej budowli połączona z głośnym dopingiem i niesamowitą atmosferą biegowego święta sprawiała, że włosy na rękach stawały dęba i pojawiała się wieeeeeeelka gęsia skórka. Stwierdzam z całą stanowczością, że nasz piękny nadwiślański kraj w końcu doczekał się maratonu na skalę europejską!
Zabrzmi to patetycznie, ale naprawdę jestem dumny z tego, że również stałem się Bohaterem Narodowego. Cieszę się, że mogłem wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Cieszę się, że mogłem być jedną z kilkunastu osób na barkach których spoczywał ciężar bycia pacemakerem w największym maratonie w Polsce. Cieszę się, że mogłem być częścią tej niesamowitej atmosfery na trasie (Ursynów! Daliście radę, jak jasna cholera!!!). A największą radość dało mi to, że po biegu jedna/dwie/pięć/dziesięć osób podeszło do mnie i powiedziało: Dziękuję! Pomogłeś mi, dałem radę! 
Do zobaczenia w marcu na półmaratonie! Warszawo (i cała Polsko), szykuj się na 1:59:59!!!

Podobne wpisy

8 Odpowiedzi na 34. Maraton Warszawski. Relacja.

  1. Emilia napisał(a):

    Mnie pomogliście z Izą bardzo. Myślę, że dzięki temu, że mogłam się zdać na Was w kwestii tempa uniknęłam ściany (bo nie musiałam wciąż myśleć o tym, ile już przebiegłam i ile jeszcze), a i otuchy w chwilach kryzysu umiecie dodać. Jeszcze raz dziękuję i szykuję się na 1:59:59 🙂

  2. Krasus napisał(a):

    Jak się czyta Twoje relacje to aż się chce pozającować, może skuszę się na połówkę warszawską?:)

  3. Leszek Deska napisał(a):

    No, rzeczywiście to fajnie wygląda. Gratulacje za świetne prowadzenie (ja nie biegłem w tej grupie no ale wierzę Emilii że było świetnie 😉 )

  4. Piątek napisał(a):

    Prawdę mówiąc zbyt długo z wami nie byłem bo mała ilość wybiegań i fakt, że zaraziłem się bieganiem dopiero trzy miesiące temu przypłaciłem wieeelkim kryzysem, który zaczął się już na 17km. Nie podołałem tempu a moje kochane baloniki na 4:30 zaczęły się szybko oddalać 🙂

    Chcę Ci podziękować nie tylko za zającowanie ale również za jedną z kilku kluczowych rzeczy dających mi siłę przetrwania kryzysu. Mam na myśli filmik z „Siedmiu Dolin”! Jest świetny – a obejrzany kilkukrotnie przed startem daje kopa i trzyma aż do mety 😀

  5. Paweł Antoni Pakuła napisał(a):

    Gratulacje Marcin, ja miałem biec za Wami ale w ostatniej chwili zgodziłem się poprowadzić na 3:30 a nie 4:45. Też jestem zadowolony choć start i rozdzielne położenie dmuchanej bramy i pierwszej maty trochę nas wprowadziło w błąd. Potem już było w miarę OK. Od stadionu trochę więcej oczekiwałem (mały jakiś i bez trawy…) ale wrażenie zrobił. Pozdrawiam 🙂

  6. szybki89 napisał(a):

    Niestety ja odbiłem na 26:( Do tego momentu biegło mi się z Wami bardzo fajnie. Dziwne uczucie jak ten balonik ucieka a nie masz już siły gonić. Biorąc pod uwagę problemy ze zdrowiem na finiszu przygotowań to było nieuniknione.

    Myślę, że w marcu będę biegł ponownie z Tobą, bo fajna atmosfera była:)

  7. itsfineirantoday napisał(a):

    ! ale super. za takimi zającami to chyba aż chce się biec te 42 km 😉

  8. Artur Bednarek napisał(a):

    duża odpowiedzialność takie zającowanie, dobre że kolano nie wysiadło w końcu trzeba doprowadzić biegaczy do mety, a stadion jakiś mały się wydaje, ale pewnie stojąc w środku wygląda to inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *