28. Bieg Zaślubin w Kołobrzegu. Relacja.

Autor: • 18 marca 2014 • Asfaltowo, Blog, Relacje5 komentarzy2161

Z Kołobrzegiem, a konkretnie z Biegiem Zaślubin mam dobre wspomnienia. Za każdym razem, kiedy pojawiałem się na mecie tego biegu, poprawiałem życiówkę. Kołobrzeski klimat od zawsze mi sprzyjał, a dystans 15 kilometrów jest moim ulubionym, jak idzie o biegi uliczne. W tym roku stanąłem na starcie po raz trzeci. I po raz trzeci miałem ambicję, żeby wyjechać z Kołobrzegu z nowym rekordem życiowym.

Bez napięcia

Jak mówi staropolskie przysłowie „miej wyjebane, a będzie Ci dane”. Tak też się czułem przed biegiem. Byłem rozszarpywany przez atakujące mnie ze wszystkich stron dylematy, o których pisałem już wcześniej. Postanowiłem na czas biegu wyłączyć myślenie. Zależało mi na dobrym wyniku, ale nie spinałem się jakoś przeraźliwie mocno. Powiedziałbym, że idąc śladem naszego skoczka narciarskiego, miałem totalny luz w dupie. Tym bardziej, że pogoda była wybitnie ażyciówkowa. Zimny deszcz i jeszcze zimniejszy wiatr z północnego zachodu dawały pewność, że na trasie będzie spora ilość walki i zmęczenia.

Na pół godziny przed biegiem zacząłem się rozgrzewać. W tym samym czasie włączyłem garmina. Garmin natomiast pokazał mi oczojebny komunikat „baterie wyczerpane”. Nożeszfak! 30 minut do startu, a ja nie mam zegarka! Uruchomiłem wszystkie procesy myślowe, jakie mogłem wówczas uruchomić i wszedłem do najbliższego lokalu. Przychodzę do pani/pana w bardzo nietypowej sprawie. Chyba nie mieli nigdy klienta, który pytał o jakikolwiek wolny port USB. Na szczęście port się znalazł, podpiąłem garmina i polecialem się rozgrzewać. Wróciłem 5 minut przed startem. Wyłączyłem odczyt tętna, zmniejszyłem kontrast i modliłem się, żeby ten cholerny zegarek w końcu złapał zasięg…

Ciemność, widzę ciemność

W końcu! Po 4 kilometrach biegu po omacku pojawił się sygnał z satelitów! Przez ostatnie kilkanaście minut biegłem totalnie na ślepo. Pytałem paru zawodników czy mają odczyt chwilowego tempa, ale jakoś żaden nie był skory do pomocy. Więc polegałem na swoim samopoczuciu. A ono było takie sobie. Nie czułem się tak, jakbym mógł przenosić góry, ale wiedziałem, że powinno być dobrze. W głowie ciągle kołatała mi myśl o złamaniu 1:05, tylko czy nogi też tego będą chciały?

Pewnie i by chciały, gdyby nie długa prosta wzdłuż morza. Prosta, po której biegliśmy na zachód. Idealnie pod wiatr. Prosta, na której tempo spadało o 10 s/km. Prosta, która miała około 2 kilometrów. Prosta, która zdawało się, że nie ma końca. Prosta, którą trzeba było pokonać w sumie 3 razy. Ale żeby nie było – nie marudzę. Cisnąłem tak mocno, jak tylko byłem w tym dniu w stanie.

Nie wiem jednak, jak sparametryzować owe „mocno”. Tempo było mocno średnie, bo w sumie koło 4:22/km. Znacznie poniżej moich oczekiwań. Tym bardziej, że na mecie miałem pewność, że takim tempem mógłbym pociągnąć do półmaratonu. Odczytu tętna nie mam, bo oszczędzałem baterię. Nie sądzę jednak, żeby było jakoś ekstremalnie wysokie. Patrząc na samopoczucie, to usadowiłbym je w okolicach progu II i III zakresu. Nogi podawały odpowiednio, biorąc pod uwagę warunki pogodowe…

Powiedziałbym nawet, że ten piętnastak wszedł mi dość lekko. Nie było superwalki, nie było superzmęczenia. Ale też nie było iskry, z jaką powinno się walczyć o jak najlepszy rezultat. Owszem, robiłem co mogłem. Owszem, przy innej pogodzie mógłbym zrobić jeszcze więcej. Owszem, nie dałem z siebie wszystkiego. Owszem, pobiegłem na 90%.

A może pobiegłem na 100%? A może jestem w czarnej dupie z formą? Może jest tak, że w porównaniu do zeszłego roku nie ma żadnego progresu? Może jest tak, że straciłem ostatnich kilka miesięcy? Może. Wiem, że w tej kwestii nic nie wiem…

Podsumowując: 15 kilometrów w Kołobrzegu przeczłapałem w 1:05:52.

UWAGA: Do momentu przed momentem byłem przekonany, że moja życiówka wynosiła coś ponad 1:07. Myślałem tak, dopóki tego nie sprawdziłem. Takiego wała. Poprawiłem się o całą jedną sekundę. Moje morale w tej chwili znajduje się poniżej Rowu Mariańskiego…

Co dalej?

Podjąłem już decyzję co do tego, jak będzie wyglądać dalsza część „rundy wiosennej”. Wymagało to niemało myślenia i utworzenia listy z argumentami „za” i „przeciw”. Wynik kalkulacji wyszedł dość jednoznaczny. I co najważniejsze, to jest on zgodny z moim wewnętrznych rachunkiem sumienia. Te wyniki poznacie całkiem niedługo. A ci, którzy mnie znają, powinni już wiedzieć, gdzie spotkamy się w kwietniu…

Podobne wpisy

5 Odpowiedzi na 28. Bieg Zaślubin w Kołobrzegu. Relacja.

  1. Emilia napisał(a):

    Rezygnujesz z maratonu w Łodzi i weźmiesz udział w Harpaganie. Widzisz, jak dobrze Cię znam? 🙂 Tak czy inaczej, dobrze, że podjąłeś decyzję i wiesz na czym stoisz.

  2. Krasus napisał(a):

    Pora na zmianę zdjęcia w tle na Fejsie! 😉

    A poprawić życiówkę na takim dystansie o sekundę, na dodatek w trudnych warunkach i bez wielkiego zmęczenia to jednak progres, nie da się tego określić inaczej!

  3. Michał napisał(a):

    Pomijajać wszelakie marudzenia…gdzie jest relacja ze Śnieżnych Konwalii?!?!?!:)

  4. parkrun napisał(a):

    Biegać po omacku to faktycznie problem 🙂 Brak sygnału i po statystykach.

  5. RM napisał(a):

    Marcin, jesteś urodzonym zającem. Bieg za Tobą w warszawskim tunelu już kolejny raz wywołał u mnie dreszcz na całym człowieku. Wczoraj niestety tylko przez krótki czas bo po tunelu pognałem do przodu ćwicząc tempo na maraton w Paryżu ale łezka mi się w oku zakręciła 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *