26. Bieg Zaślubin w Kołobrzegu. Relacja.

Autor: • 19 marca 2012 • Asfaltowo, Blog, Relacje6 komentarzy2515

Szkoła podstawowa i średnia, to są bardzo ważne okresy w życiu każdego człowieka. To właśnie z tych miejsc wynosimy największą ilość wiedzy, w dużej mierze zbędnej, ale w dużej mierze także tej, która będzie nam bardzo potrzebna w dalszym życiu. To właśnie w szkole dowiadujemy się, że należy dzielić przez zero, że trzeba wlewać wodę do kwasu i że -óje się kreskóje. Szkoda, że w szkole nie uczą nas, że żeby uzyskać czas 1:08 w biegu na 15 kilometrów, trzeba biec szybciej niż 4:45/km…
Odpowiadam od razu na pytanie, które zapewne mogłoby się pojawić: nie wiem, nie mam pojęcia, skąd mi się wzięło takie wyliczenie!!! Razem z Bartkiem, z którym udałem się w podróż do Kołobrzegu na 26. Bieg Zaślubin przez cały czas rozmawialiśmy o tym wyniku i cały czas trzymaliśmy się powyższego wyliczenia. Nie pytajcie dlaczego! Gadka szmatka, będzie dobrze, będzie lajcik, będzie życiówka, będzie 4:45/km, bla bla bla…
I z takim nastawieniem wysiedliśmy z pociągu.
Byliśmy w Kołobrzegu trzy godziny przed startem, więc z wielkim spokojem odebraliśmy pakiety startowe (wuchta ulotek + koszulka typu „będę miał w czym spać”) i obraliśmy kierunek plaża. Niemcy, łabędzie, mewy, morze. Jak to w Kołobrzegu. I bardzo niezdecydowana pogoda. Z jednej strony o poranku było dość chłodno, ale z drugiej widać było, że mgła się rozchodzi, a to zwiastowało ocieplenie.
A przez to do samego końca nie wiedziałem, w jakiej konfiguracji ciuchowej pobiegnę. Po godzinnej inhalacji jodem poszliśmy do namiotu, w którym zorganizowany był depozyt, a jak się okazało także szatnia i stołówka. Ciekawa konfiguracja. Jakieś 40 minut przed startem wyszliśmy na zewnątrz na jakąś rozgrzewkę. Kilka kilometrów truchtu, solidne rozciąganie, parę odcinków żywego sprintu na pobudzenie nóg i stwierdziłem, że jeśli nie zdejmę bluzy (cienkiej, bo cienkiej, ale zawsze), to się ugotuję już na starcie.
Szybka decyzja – zostaję w krótkim rękawku (na to koszulka Drużyny Szpiku na naramkach). Parę minut przed dwunastą pojawiliśmy się na starcie. Ciągle z zamysłem: 4:45/km, a będzie 1:08 (co za barany)…
Poszły konie po betonie! Na starcie stanęło ponad 700 osób. Na szczęście ustawiłem się blisko linii startu, a do tego było dość szeroko i po kilkudziesięciu metrach udało mi się złapać właściwy rytm i tempo biegu. I lecę więc. Trasa różniła się od tej zeszłorocznej. Tym razem biegliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Pierwsze 1800 metrów, to długa prosta w moim odczuciu w dużej części z lekkiej górki. Ostatni jej fragment przebiegał nad samym morzem. Następnie zakręt w prawo i chyba jedyny widoczny podbieg na trasie. Ze 150 metrów pod górkę i długi fragment płaskiej, prostej trasy. Kolejny zakręt w prawo i długi, asfaltowy odcinek na którym również miałem odczucie, że jest delikatnie z górki. Znów zakręt w prawo i tu już na pewno solidny zbieg w stronę morza. W okolicach czwartego kilometra pętli skręcamy w lewo i biegniemy kolejną prostą w kierunku mety. Na 300 metrów przed finiszem krótki zbieg, dwa szybkie zakręty w prawo i  koniec okrążenia. Pierwsze kilometry w każdym biegu są zawsze dla mnie w jakiś sposób trudne. „Drugi oddech” łapię dość późno i dość późno zaczynam czuć luz i swobodę, stąd też nigdy do końca nie wiem, co tak naprawdę w danym dniu siedzi mi w nogach. Teraz jednak szło dość dobrze. Założyłem sobie, że skoro biegniemy trzy pętle, to rozegram według tego bieg – pierwsza pętla na rozeznanie, druga na utrzymanie swobodne dobrego tempa, a trzecia, jak siły pozwolą, na polecenie do przodu. Spełniło się to w 1/3. Tylko pierwsza pętla była według założenia. Pierwsze pięć kilometrów pokonałem z czasami 4:45, 4:39, 4:51, 4:44, 4:40. Dodam, że ciągle myślałem, że lecę na 1:08 (jak baran jakiś).
Wbiegliśmy na drugą pętlę. Na początek, na punkcie odżywczym, podczas picia potknąłem się o coś, w rezultacie czego zawartość kubka wylądowała na nosie i okularach, zamiast w ustach. Mniej więcej na szóstym kilometrze doszedł do mnie jakiś biegacz. Stwierdziłem, że będę trzymał jego tempo, które wg wskazań garmina wynosiło wtedy około 4:40/km. Na tętno nie patrzyłem, biegłem na samopoczucie, a ono było znakomite. Nogi złapały lekkość, oddech miałem bardzo płytki, więc stwierdziłem, że może być naprawdę dobrze dzisiaj. Leciałem z tym człowiekiem przez kolejnych kilka kilometrów. Cały czas równo, cały czas obok siebie i cały czas połykaliśmy kolejnych zawodników. Bardzo fajnie to nakręcało. Drugą pętlę przeleciałem z czasami 4:38, 4:36, 4:38, 4:39, 4:37. Po rozpoczęciu trzeciej i ostatniej pętli stwierdziłem, że tracę czas. Przyspieszyłem na tyle rozsądnie, żeby nie zajechać się za dziesięć minut. I to było najlepsze, co mogłem zrobić. Kolega, z którym pokonywałem ostatnie kilometry wytrzymywał tempo, dopóki nie wzrosło powyżej 4:30/km. Dużą radością napawało mnie to, że na jedynym podbiegu na trasie, byłem w stanie z wielką lekkością utrzymywać tempo, a kiedy trzeba to przyspieszyć – podobno bycie wyprzedzonym na podbiegu bardzo zniechęca, więc ostatnimi czasy korzystam z takich miejsc do atakowania. Zostałem więc tylko ja + kupa ludzi przede mną. Jeden, drugi, piąty, dziesiąty!  Na ostatnim okrążeniu wyprzedziłem blisko 50 osób, a mnie nie wyprzedził nikt! Rzecz jasna ciągle myślałem, że lecę na 1:08 (a w takim układzie, to nawet na lepszy wynik). Jak baran, normalnie, jak baran… Garmina ustawiłem tak, żeby pokazywał mi tylko dystans i aktualne tempo. Nie wiedziałem więc jaki mam czas.
Wiedziałem, że idzie życiówka, ale nie wiedziałem jaka. Ostatni kilometr przede mną. Leeeeecę, ale bez wyrzygu. Zakręt w prawo. Leeeeecę. Znowu zakręt w prawo i za 100 metrów meta. Są siły na finisz, więc finiszuję, cieszę się, bo to był ekstra bieg. Patrzę na zegar, a tam 1:09… WTF??? 4:45/km i 1:08? Baran, baran, baran… 🙂
Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyłem, że nie trzymałem się tych 4:45/km, które mi się wzięły nie wiadomo skąd… Ostatnia piątka to czasy 4:31, 4:25, 4:24, 4:23 i 4:16. Średnia z całego biegu 4:35/km, miejsce 240 na 720 startujących, 23 w swojej kategorii wiekowej i czas 1:09:04 (netto), co jest moją nową życiówką, poprawioną o ponad minutę.
Wnioski. Mogło być lepiej. Czuję niedosyt. Mam wrażenie, że mimo wszystko to było zbyt asekuracyjne i że w nogach siedzi więcej mocy, niż pokazuje ten wynik. A kolejny wniosek jest taki, że jeśli za dwa tygodnie w Poznaniu na połówce stanę na starcie w podobnej dyspozycji, to mam szansę zrobić tam taki czas, że wypadnę z kapci. I tego będę się trzymał. A Dębno już tuż tuż. I mam nadzieję, że tam także będę miał możliwość wypaść z kapci.

 

Podobne wpisy

6 Odpowiedzi na 26. Bieg Zaślubin w Kołobrzegu. Relacja.

  1. Wojtek 'Bob' Bobrowski napisał(a):

    Brawo. Trenuj, trenuj to może poprawisz sobie czas na 15km przy okazji półmaratonu.

    Widzę, że Bartek tak daleko nie odstawał od Ciebie 😉

  2. Marcin Kargol napisał(a):

    No, to by było coś ciekawego… 🙂
    Jeszcze dwa tygodnie, więc wszystko się może zdarzyć 🙂

    A Bartek wczoraj wyleciał jak strzała do przodu, a na 13 kilometrze go połknąłem z powrotem i dobiegł jakieś 50 sekund po mnie.

  3. owoc napisał(a):

    A myślisz, że zdązysz sie zregenerować po Poznaniu do Dębna? starczą tylko 2 tygodnie??

    Porozmawiaj z jakimś specem od biegania, żeby określił Ci wtedy co biegać w tygodniu po starcie w Poznaniu…

    • Marcin Kargol napisał(a):

      Wystarczą, dwa tygodnie dla mnie to dużo czasu – już to po sobie wiem. A co do tego, co biegać po Poznaniu, to trzymam się (jak cały czas zresztą) planu J.S. i skoro widzę, że działa tak, jak działa, to nie będę tego zmieniał. Jest wersja planu ze startem w połówce na 2 tygodnie przed maratonem i tak będę pracował 🙂

  4. Kuba (Formatownia) napisał(a):

    Barany, barany. Ale życiówka jest i tego się trzymaj!

  5. Emilia napisał(a):

    Ha ha, to dobre z tym 4:45 🙂 Człowiek raz coś źle sprawdzi, zafiksuje się i rękami i nogami będzie się trzymał – tak to bywa. No ale życiówka jest, gratuluję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *